Physical Address

304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

MIESIĘCZNA KRONIKA TEATRALNA – #3/ MARZEC 2026

Marzec – miesiąc Międzynarodowego Dnia Teatru zazwyczaj obfituje w premiery i ciekawe artystyczne zdarzenia. W bieżącym roku jednak, niestety, wielkich zachwytów nie było. Ale dla kontrastu słów kilka o teatrach „rozrywkowych” stolicy, gdzie uśmiech, komedia i dobra zabawa mają odgrywać główną rolę. Zapraszam do lektury!

Temat miesiąca – Rozrywka teatralna w stolicy

Niezmiennie zadaję sobie pytanie: czego poszukują widzowie odwiedzający sale teatralne? I najczęściej do głowy przychodzi mi jedna odpowiedź – dobrej rozrywki! A wcale nie jest prostym aby przygotować spektakl na wysokim poziomie, który daleki będzie od szmiry i pospolitości, ale z uśmiechem i radością dla odbiorców. Przeglądam repertuary scen Warszawy. Od lat mam swoje katalogi, które ukazują swoistą specjalizację instytucji. Ów szczególny rynek zmienia się, ewoluuje. Jedne sceny znikają, inne pojawiają się na mapie miasta. Odnosząc się do sztuki lekkiej i łatwej, ale nie stroniącej od dobrego dramatu i świetnego wykonania, niezapomnianym dla mnie miejscem pozostanie Teatr Scena Prezentacje, który prowadził Romuald Szejd, a miejscem jego funkcjonowania – Fabryka Norblina. Kto w ogóle pamięta owe czasy z wielkimi gwiazdami na małej scenie? Czasy się zmieniły. Nowe adresy zaprzątają uwagę widzów: Teatr 6 Piętro, Teatr Kamienica, Teatr Sabat, czy Scena Relax. Sprawdzam program ostatniej instytucji. To faktycznie nieustanny przegląd produkcji prywatnych firm i agencji artystycznych, które oferują różnorodne komediowe tytuły – nowe i sprawdzone w kolejnych odsłonach. Owa impresaryjna działalność święci wielkie triumfy co można uznać za biznesowy sukces, ale czy rzeczywiście to jest spełniony podmiot artystyczny? Mam poważne wątpliwości.

Długo zastanawiałem się jaki klucz wybrać dla owego tekstu. Wskazane powyżej sceny są prywatnymi przedsięwzięciami – nie czerpią z kiesy publicznej, zatem nadrzędnym jest zysk i rachunek ekonomiczny. Jednak ciekawym jest jak działają publiczne sceny w tym zakresie. W Warszawie istnieją dwie tego typu placówki – Teatr Komedia i Teatr Kwadrat. Na swój sposób mają wspólne cechy: w miarę równocześnie, trzy i dwa sezony temu, dyrekcję objęły nowe osoby nadające odmienne tchnienie dla miejsc. To dobry moment dla porównań i podsumowań – w jakim kierunku podążają podmioty? To także zwrócenie uwagi na Teatr Capitol – jedną z najdłużej, prywatnych scen, działających na tym polu, która nieustannie rozwija swoją obecność w przestrzeni miasta. Dla kontrastu ważnym było przyjrzenie się relatywnie nowym zjawiskom, choćby Garnizon Sztuki, który posiada swoją lokalizację w dawnej siedzibie Teatru Imka przy ulicy Konopnickiej. Ostatecznie ważne stały się dwa siedliska: Capitol i Komedia, odmiennie prowadzone i finansowane, ale z równym zapałem budujące markę w przestrzeni oferty teatralnej. Do owego duetu miał dołączyć Kwadrat, ale mimo starań nie udało się przeprowadzić rozmowy z dyrektor instytucji – Ewą Wencel. Otrzymany mail z sekretariatu, pełen kurtuazji i usprawiedliwienia, ukazał dziwne niezrozumienie intencji prezentacji sceny z olbrzymim dorobkiem artystycznym. Szkoda. Zatem pozostał ciekawy teatralny duet rozrywkowy z niebagatelnym bagażem doświadczeń i nowych wyzwań dla rozrywki w stolicy.

Całe swoje życie spędziłem w jednej dzielnicy stolicy – Śródmieściu, gdzie punktem odniesienia stało się „Osiedle za Żelazną Bramą”, które charakteryzuje kilkanaście bloków, będących w stanie pomieścić setki lokatorów. Jedną z głównych atrakcji owej lokalizacji, jeszcze w latach Polski Ludowej, było umieszczone w siedzibie Domu Przyjaźni Polsko-Radzieckiej – Kina Oko. W repertuarze znajdowały się dwa filmy, a główną przynętę stanowiła ich trójwymiarowa forma z nieodłącznym atrybutem – okularami, które otrzymywało się przekraczając progi sali. Gdy nastała zmiana systemowa, idea upadła, a jej miejsce zajęła kolejna instytucja kinematograficzna – Capitol. Jednak rosnąca konkurencja multipleksów stała się przyczyną podupadania miejsca. A na horyzoncie pojawiła się niezwykła postać, która planowała, w teatralne przedsięwzięcie, zainwestować rodzinny spadek. Pamiętam ten moment niezwykle dobrze. Osiemnaście lat temu Anna Gornostaj razem z mężem Stanisławem Mączyńskim podjęli ową decyzję inwestycyjną. Tak zrodził się Teatr Capitol. Dziś jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc nie tylko w Warszawie, ale także w kraju poprzez rozbudowany impresariat, które w miesiącu prezentuje do stu dwudziestu spektakli! Fenomen dla świata teatru, biznesu, który dziś można nazwać różnorodnym „przedsiębiorstwem rozrywkowym”. Dla jednych, szczególnie rzadko tu bywających, lub omijających miejsce szerokim łukiem: szmira i tandeta, a dla innych, stałych gości: mekka dobrego widowiska z humorem, a także innych zjawisk, które ubogacają wizytę w teatrze. Zatem miejsce, które wzbudza emocje i realizuje specyficzną misję teatru bulwarowego, ale należy pamiętać, że nie jest to określenie negatywne. Dzięki niemu kształtowało się społeczeństwo mieszczańskie, świadome, uczestniczące i zaangażowane.

Anna Gornostaj, to świetna aktorka zarówno teatralna jak i filmowa, której zawodowe życie można podzielić na dwa odcinki – zespół Ateneum i tworzenie Capitolu. W tym pierwszym spędziła kolejne lata po ukończeniu warszawskiej szkoły teatralnej, z krótkim epizodem na deskach Teatru Narodowego. Jej niekwestionowanym autorytetem w prowadzeniu sceny był Janusz Warmiński, szef placówki przy Jaracza. To nie tylko fenomen świetnego zespołu aktorskiego, ale także umiejętność budowania różnorodnego repertuaru, balansującego pomiędzy poważnym dramatem, a lekką komedią. Owe doświadczenie stało się kluczowe dla kształtowania własnego miejsca – Teatru Capitol. Początkowo przedsięwzięcie miało charakter dualny, co wynikało z konieczności połączenia środków na rzecz inicjatywy. „Mieliśmy wspólników, powstała spółka. Nasi partnerzy prowadzili klub muzyczny, nazywając rzecz fachowo – dyskotekę po 22, a my w sali dawnego kina teatr – do 22. Trwało to kilka lat. Oni nie wytrzymali finansowo, a my dysponujemy obecnie całą przestrzenią przy Marszałkowskiej” – zauważa Gornostaj. Wchodząc do Teatru Capitol można doznać lekkiego wstrząsu, gdyż na swój sposób trafia się do przestrzeni będącej miksem kiczu i disneylandu. To zabieg celowy, a za jego wyraz odpowiadają świetni artyści: Dorota Banasik, absolwentka Wydziału Rzeźby i Katedry Scenografii warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych oraz Jacek Zwoniarski również związany z powyższą uczelnią. Każdy szczegół miejsca jest dobrze przemyślany, skomponowany i zgrany. Co ważne publiczność kupuje ów wystrój traktując go jako przedłużenie widowiska scenicznego. Jednak najciekawszym jest w jaki sposób miejsce się rozwija? To również nie kwestia przypadku, ale planowanej szczególnej strategii wobec widza. I to nie tylko marketingowej, widzianej przez aktywność w mediach społecznościowych, ale doborem adekwatnego programu.

Gdy powstawała instytucja w 2008 roku repertuar rozrywkowy na polskich scenach nie odgrywał istotnej roli. Teatr wychodził z pogubienia repertuarowego po roku 1989, a należy pamiętać, że wraz z owym czasem odeszła publiczność teatralna. Szefowa sceny mówi: „przyszła do nas publiczność pięćdziesiąt plus. Ci, którzy nie umieli niczego znaleźć dla siebie w ofercie scen publicznych. Szczególnym przełomem stało się Klimakterium Elżbiety Jodłowskiej, święcące niesłychane triumfy w całym kraju. Weszliśmy z repertuarem lekkim, komediowym, odmiennym. Osoby po pięćdziesiątce odnalazły to czego potrzebowały. Tytułów i autorów w ogóle w Polsce nie eksploatowanych, a już znanych na świecie. To specyficzny model teatru bulwarowego, dostępnego, otwartego, włączającego”.

Po nim przyszedł czas na kabaret, który zagościł przy Marszałkowskiej. To kolejny, inny widz, już młodszy, który po czasie powrócił również na przedstawienia repertuarowe Capitolu. Niesamowitym powodzeniem cieszyły się wydarzenia parateatralne – potańcówki. „Stały się one wielkim magnesem, które przyciągały widzów na kolejne spektakle. Nasza publiczność powraca, odwiedza wielokrotnie. Przyjeżdżają do nas widzowie z całej Polski. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego tak się dzieje skoro gramy spektakle w całym kraju? Okazało się, że właśnie sensem stało się spędzanie całego wieczoru w teatrze. Nie tylko obecność na spektaklu, ale również obcowanie po nim – tańcząc, relaksując się, rozmawiając z przyjaciółmi” – dodaje dyrektorka Capitolu.

Następnym etapem stały się spektakle dla dzieci, które wzbogacały repertuar, ale także przyciągnęły kolejnych widzów – nie tylko małoletnich, ale ich rodziców. Kluczowym stał się czas pandemii. Można powiedzieć, że dzieci przetarły szlak dla swoich opiekunów, którzy widząc, że pociechy odwiedzają teatr poczęli podążać ich śladem.

Jedną z najnowszych innowacji Capitolu, choć pod innym adresem Foksal 11, stały się inspirowane berlińskimi doświadczeniami, wydarzenia dinner show. Tu króluje lżejszy repertuar, wśród niej burleska, a dodatkiem jest wykwintna kolacja. I to nie koniec. Anna Gornostaj ma kolejny pomysł dla ściągnięcia nowego pokolenia w mury prowadzonej sceny. To gościna dla Unsound Music Festival – alternatywne wydarzenie muzyki współczesnej. To całkowity eksperyment – ciekawe czy stanie się kolejnym sukcesem frekwencyjnym.

Pomysł rozwoju, realizowany przez twórców sceny, jest oryginalny i można powiedzieć konsekwentny. Każde dodatkowe działanie ma być pretekstem dla zwiększenia widowni podczas spektakli teatralnych. To ciekawa forma marketingu, która wymaga niebagatelnych nakładów, ale jej celem jest rozwój instytucji teatralnej. Co ważne obecnie teatr praktycznie nie wynajmuje przestrzeni dla autonomicznych wydarzeń, a raczej jest to pakiet ze spektaklem. Miejsca instytucji służą dla lokalnych społeczności, które rezydują w naszym mieście: „Chińczycy zorganizowali swój nowy rok. Spora grupa Ukraińców przychodzi na spektakle dla dzieci, a przy okazji organizują swoje spotkania. Jest to kolejna ścieżka naszej aktywności. To już jest przedsiębiorstwo rozrywkowe, a ja chciałam mieć tylko teatr. Dziś to właśnie: produkcja i eksploatacja spektakli, impresariat, wydarzenia, wynajmy przestrzeni, bajki dla dzieci i dodatkowo Foksal 11 oraz klub muzyczny. I to wszystko działa. Zatrudniamy obecnie 170 osób na etatach. W samym dziale sprzedaży biletów pracuje ponad dwadzieścia osób. Nasza księgowa powiedziała mi, że w tym roku musiała przygotować 700 PIT-ów. To pokazuje skalę miejsca” – stwierdza szefowa Capitolu.

Najważniejszą sferą aktywności pozostaje oczywiście teatr. Capitol to miejsce gwiazd, dla których przychodzą widzowie. Oczywiście trzeba mieć na względzie inne, dodatkowe działania, które służą zintensyfikowaniu rozpoznawalności i kręgu odbiorców. Aby spektakl zaczął na siebie zarabiać, odliczając koszty produkcji, należy go zagrać ponad sto razy. W repertuarze znajdują się przedstawienia, które doczekały się ponad tysiąca odsłon kurtyny. To fenomen na skalę kraju, że istnieje nieustanne zainteresowanie tymi samymi tytułami. Specyfiką jest, że program poszczególnych scen – a jest ich obecnie cztery (Duża, Mniejsza, Amfiteatr i Foksal 11) oraz wyjazdy impresaryjne – konstruowany jest codzienną zmianą tytułu. Jest to odmienne od grania w setach – kilka, kilkanaście dni ten sam spektakl. Anna Gornostaj uświadamia mnie: „to efekt rozmów z naszymi handlowcami. Nie ma publiczności dla powtarzającego się tytułu. Oczekuje się od nas płodozmianu, różnorodności. Stąd ta decyzja. Owszem jest to niesłychanie pracochłonne poprzez zmianę dekoracji, świateł i obsługi, ale tego wymaga rynek”. A pamiętajmy, że jest on definiujący egzystencję miejsca, które nie posiada dotacji publicznej, utrzymuje się jedynie z aktywności „przedsiębiorstwa”. Ceny biletów są wysokie i stanowią główne źródło przychodu. Zatem należy robić wszystko aby zadbać o gościa odwiedzającego teatr – aby czuł się jak w domu, a nawet lepiej. Z rozrywką, czasem kolacją i dobrym towarzystwem znanych gwiazd ze szklanego ekranu.

Czy Anna Gornostaj czuje się już spełniona? Wydaje się, że absolutnie nie! Ciągle żądna jest nowych wyzwań i realizacji pomysłów, dla idei życia – własnego teatru w stolicy. I można kręcić nosem – bulwar, tania rozrywka, ale jest dla owego konceptu widz, który właśnie poszukuje oderwania się od szarej codzienności. To oferuje Teatr Capitol w swoim szerokim spektrum aktywności.

Przemierzając Warszawę często gościłem na Żoliborzu, tu mieszkała moja prababcia w jednej z kolonii Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Miejsca niezwykle ważnego, a może zapomnianego i nieopisanego zbyt dobrze, dla naszej stołecznej kultury. Tu działał w latach trzydziestych dwudziestego wieku Teatr im. S. Żeromskiego pod kierunkiem Ireny Solskiej, swój zalążek miał Teatr Baj, a także Stowarzyszenie Miłośników Filmu Artystycznego START, w którym działali: Wanda Jakubowska, Eugeniusz Cękalski czy Stanisław Wohl. Powojenne dzieje obecności kultury w tejże dzielnicy wyglądały różnie. Istniało kino Tęcza, które stało się również teatrem. Jednak centralnym punktem owej lokalizacji stał się okazały budynek z kopułą zbudowany w stylu socrealistycznego rokoko – Teatr Komedia. To istny znak rozpoznawczy i wyróżnik dla otaczającej zabudowy. Prawie od samego momentu powstania w roku 1952 jego główna część była przeznaczona dla aktywności scenicznej, głównie estradowej. Styl instytucji wytyczali jej kolejni szefowie, a wśród nich znaleźli się: Wojciech Siemion, Przemysław Zieliński, Olga Lipińska, Zenon Dądajewski i Tomasz Dudkiewicz. W krótkim okresie, tuż po zmianach roku 1989, scena zmieniała oblicze z rozrywkowej na poważną za sprawą kierownictwa Marka Weissa- Grzesińskiego w jednym sezonie 1990/91. Wówczas miejsce otrzymało nazwę Teatr Północny (Północne Centrum Sztuki). Ów eksperyment nie wytrzymał próby czasu i powrócono do klasycznej formy przeznaczenia czyli teatru komediowego. Podmiot to instytucja miejska, którą obecnie kieruje Krzysztof Wiśniewski. Warto przypomnieć, że obejmował stanowisko w drodze powtórzonego konkursu w lipcu 2022 roku. Poprzednik wybrany w analogiczny sposób – Maciej Kowalewski nie dopełnił zobowiązań ze współautorami koncepcji programowej (Małgorzatą Sikorską-Miszczuk i Wawrzyńcem Kostrzewskim) i nie został powołany przez władze Warszawy na fotel dyrektorski. Można powiedzieć, że Wiśniewski obejmował rządy w dość specyficznych warunkach, niemal chwilę przed rozpoczęciem kolejnego sezonu 2022/23.

Co wyróżnia Krzysztofa Wiśniewskiego? Przede wszystkim wiek. Obecnie czterdziestolatek, który przychodził do publicznej instytucji ze świata odmiennego. Współtworzył Klub Komediowy, scenę improwizowaną, która odnosiła sukcesy, ale jednak to odmienny widz i środowisko. Zapewne nowe miejsce stawało się wyzwaniem zwracając uwagę na jeszcze jedną rzecz – repertuar. Poprzednik, Tomasz Dutkiewicz, lansował model ściśle nastawiony na utwory współczesne pochodzące z rynku anglojęzycznego obarczone wielokrotnie powierzchownością i schematycznością opowieści. Wyzwaniem stawało się jego skonstruowanie na nowo we współpracy z zastępczynią ds. artystycznych Anetą Groszyńską-Kącką. To skutkowało kolejne ryzyko – publiczność, która mogła odwrócić się od sceny przyzwyczajona do odmiennego programu. Jednak to nie nastąpiło. Redefinicja repertuaru, zakładana już w aplikacji konkursowej otworzyła nowe horyzonty i swoiste eksperymenty, że rozrywka teatralna ma różne oblicza i twarze. W przyszłym sezonie (2026/27) kończy się pięć lat sprawowania funkcji, tym samym warto pokusić się o pewne podsumowania, bilanse, gdyż faktycznie – w mojej ocenie – było to kształtowanie instytucji od podstaw z wieloma wyzwaniami i niewiadomymi.

Strona internetowa teatru informuje: „Jesteśmy teatrem komediowym, który buduje dystans wobec rzeczywistości oraz tworzy wspólnotę przeżyć opartą na śmiechu”, a w swojej koncepcji programowej Wiśniewski zauważał: „Teatr ma być zarówno ogólnopolskim domem dla rozwoju sztuki komediowej, pozostać ważną instytucją na warszawskiej mapie kultury oraz stać się dobrym sąsiadem dla mieszkanek i mieszkańców Żoliborza”. W założeniach wydaje się wszystko proste, ale realizacja mogła wydać się niezwykle trudna. Zainteresowany, po blisko czterech latach od objęcia funkcji, zauważa, że pierwszy rok stanowiło poznanie instytucji, jej organizacji i implementowanie koniecznych zmian. „Dopiero później zajęliśmy się kształtowaniem nowego repertuaru. Kolejne lata to czas stabilizacji oraz stopniowego, świadomego budowania nowego profilu teatru – już nie jako miejsca kojarzonego wyłącznie z lekką farsą i rozrywką, ale «miejsca komedii» rozumianej szerzej, jako gatunku artystycznego, który ma wiele smaków” – stwierdza dyrektor. Istotnym stał się proces zmian: ewolucja, a nie rewolucja z czterema głównymi filarami aktywności: współczesna komedia, klasyka, spektakle familijne oraz nowe formy komediowe. I rzeczywiście nadal w repertuarze można spotkać tytuły, które pochodzą z czasów poprzedniej dyrekcji, a także nowe premiery i niestandardowe formy: stand-up czy teatr improwizowany. To wszystko buduje klarowny program dla szerokiej rzeszy odbiorców, którzy z owego kotła różnorodności śmiechu mogą wybrać coś dla siebie. Ów koncept wydaje się atrakcyjny i pomysłowy.

Siłą owej instytucji jest brak stałego zespołu aktorskiego, tym samym możliwość zaproszenia różnorodnych artystów do poszczególnych przedstawień. To nadaje ton owym spektaklom, które dzięki temu mogą przyciągnąć widownię. Choć dyrektor uważa, że najważniejsza jest: „jakość spektaklu – dopiero w drugiej kolejności tytuł czy obsada. Coraz wyraźniej widać, że publiczność reaguje na konsekwencję w kształtowaniu programu i rozpoznawalny profil teatru. Komedia się dobrze kojarzy, a zadowolony widz jest najlepszą reklamą – opowiada o swoim doświadczeniu znajomym, którzy naturalnie stają się naszymi odbiorcami. Rozmawiając z twórcami zawsze mówimy im, że muszą myśleć o widzu”. I choć jakość buduje zarówno tytuł jak i obsada i wszelkie aktywności tworzące spektakl to należy zgodzić się z konkluzją, że widz zadowolony jest najlepszą reklamą. W tym zakresie scena wydaje się liderem w przestrzeni stolicy. Zmiana identyfikacji wizualnej, jasna i komunikatywna, wręcz wyczerpująca informacyjnie strona internetowa jest przyjaznym źródłem informacji dla odbiorcy. Owa zmiana postrzegania Komedii stała się niesłychanie ważna: ściany foyer pokryły dawne plakaty, a przecież to niebagatelna historia. Co ważne, dla każdego teatromana, utrzymano programy, które w jednakowej szacie graficznej trafiają na półki zapaleńców teatralnych. Każdy z nich posiada dedykowany tekst, a nie przedruki, który współgra z inscenizacją. Na tym polu Komedia jest wręcz kombatantem i niech tak pozostanie, gdy inne sceny stołeczne odeszły od owego ważnego komponentu spektaklu.

Co różnorodny widz, zarówno zorganizowany i coraz częściej indywidualny, może odnaleźć w repertuarze Komedii? Przede wszystkim to różnorodność tytułów i stylistyk. Scena w ostatnim czasie często podróżuje po kraju, a nie są to tylko aktywności impresaryjne, ale zaproszenia na renomowane festiwale. Owym towarem eksportowym stała się Zemsta Aleksandra Fredry w reżyserii Michała Zadary. Dyrektor zauważa: „Zaproszenie Michała Zadary wynikało z przyjętej przez nas konsekwentnej linii repertuarowej, w której jednym z filarów jest współczesne odczytywanie klasyki przez twórców o wyrazistym, autorskim języku i uznanym dorobku artystycznym. Zadara, jako reżyser obdarzony szczególną zdolnością reinterpretowania tekstów klasycznych, idealnie wpisuje się w ten kierunek. Jego Zemsta była dla nas nie tylko pojedynczym sukcesem artystycznym, ale również ważnym sygnałem, że komedia klasyczna może być czytana na nowo – inteligentnie, współcześnie, z szacunkiem”. To jedno z założeń linii programowej, gdy w sezonie można zrealizować maksymalnie trzy premiery, a należy uwzględnić każdy ze wspomnianych nurtów powyżej: klasyka polska lub światowa, współczesna komedia, polski tekst, adaptacja prozy i spektakl familijny. W tym zakresie scena jest konsekwentna i wytrwała.

Jednak, względem zakładanej koncepcji programowej, nie wszystko udało się zrealizować. Nie ma planowanego Letniego Festiwalu Komedii, choć dyrektor mówi o kolejnych latach dla realizacji idei. Ale pojawia się problem, kiedy to ma być jak formalnie pozostał mu jeden sezon na stanowisku dyrektorskim? Analogicznie jest z bogatą listą potencjalnych realizatorów, zakładanych w aplikacji konkursowej, z których tylko garstka pojawiła się przy Sierpeckiej. Tu też otrzymuję odpowiedź, że: „ W Komedii ważne jest żywe, szybkie reagowanie na to, co dzieje się za oknem, za tematami istotnymi dla naszego widza i czasami oznacza to – także ode mnie – konieczność wprowadzenia jakichś zmian, przeformułowania początkowych założeń. Postrzegam to jako wyraz odpowiedzialności – i za widza, i za instytucję”. Można polemizować z owymi uwagami jednak to nie czas i miejsce, a istotnym jest zwrócenie uwagi, że żoliborska placówka odmieniała swoje oblicze wieloaspektowo przyciągając zarówno stałych bywalców jak i nowego odbiorcę.

Interesującym jest, że Krzysztof Wiśniewski odżegnuje się od narzuconego mojego określenia teatr „rozrywkowy” na rzecz „popularny”. To interesujące wnioski czym tak naprawdę dziś jest Teatr Komedia: „Teatr popularny może być teatrem dojrzałym programowo i artystycznie, rozwijać publiczność i wzmacniać niematerialne wartości społeczne – słowem: być prawdziwie publicznym miejscem, które stawia w centrum swojego odbiorcę. Jednym z większych wyzwań w prowadzeniu teatru o profilu komediowym jest właśnie przełamywanie stereotypu «lekkiej rozrywki»”. Dobry wniosek dla zobrazowania idei dzisiejszego funkcjonowania tegoż miejsca. Nie będę ukrywał, że jestem w nim częstym gościem i imponuje mi ścieżka zmian zaproponowana przez Krzysztofa Wiśniewskiego, który świadomie odmienia oblicze jednej z najbardziej uśmiechniętych scen stolicy.

Dopełnieniem owego przeglądu teatrów, które służą dostarczaniu rozrywki szerokiemu gronu odbiorców miały być wspomniane: Garnizon Sztuki i Teatr Kwadrat. Ta druga scena, również publiczna instytucja, która prowadzona jest przez miasto stołeczne Warszawa, także znajduje się w procesie zmiany za sprawą dyrekcji Ewy Wencel. Jednak tu nie widać aż tak widocznej zmiany, która rewolucjonizowałaby tradycję dawnego Czackiego, a obecnie Marszałkowskiej. Wybory repertuarowe pozostają spójne, choć ciekawym jest pojawienie się w najbliższym czasie nowego polskiego utworu autorstwa Jarosława Sokoła. Szkoda, że nie udało się pozyskać odpowiedzi na wiele pytań, które również tyczyły rozbieżności koncepcji programowej a rzeczywistością, publiczności i specyfiki zarządzania tego typu instytucją w Warszawie. Mam nadzieję, że taka chwila kiedyś nastąpi.

Dwie sceny, dwa sposoby myślenia, dwie odmienne formy finansowania, ale jeden cel – zadowolenie publiczności. Wybór należy do czytelników gdzie wybrać się, aby spędzić wieczór z komediową nutą i uśmiechem na twarzy.

Na ekranie

Bezimienne dzieło, Stanisław Ignacy Witkiewicz, reżyseria: Jan Englert

To najlepszy spektakl miesiąca w „największej scenie świata”. Dramat z roku 1921 zrealizowany w formie eseju kryminalnego, w którym wygrywa duży realizm przy jednoczesnym pomniejszeniu, kluczowej dla Witkacego, „czystej formy”. Można mieć spore wątpliwości w jakim kierunku zmierza opowieść, gdyż początkowa wielowątkowość zaburza logikę opowieści. Mieszają się wątki śledztwa, dyskursu o sztuce, miłości, a także nadrzędnego, pulsującego wraz z rozwojem akcji – politycznej zmiany, która przeradza się w falę rewolucji. Rozegrane w dawnym kostiumie staje się proroczą wizją świata współczesnego ze szpiegostwem, któremu towarzyszy pożądanie. Zmiana społeczna to pulsujący nieustannie rytm zbliżającej się masy, która jest w stanie znieść każdego kto stanie na jej drodze. To także rzecz o prawidłach rewolucji, która zjada swoje własne dzieci. Ów wątek, wielokrotnie pobrzmiewający u Witkiewicza, choćby w Pożegnaniu jesieni czy Nienasyceniu brzmiał uczciwie i złowrogo. To zasługa sprawnego aktorstwa, gdzie na plan pierwszy wysuwa się Maciej Stuhr. Niestety nie można tego powiedzieć o jego wybrance serca granej przez Justynę Kowalską, której wiele brakuje do demonicznej postaci mogącej uwieść każdego kogo spotka na swojej drodze. Mimo owych uwag sprawna ręka Jana Englerta ukazała klasę i umiejętność odnalezienia się w trudnej materii sceny na szklanym ekranie. Zaletą jest, mimo początkowego chaosu, klarowność i spójność narracji, która mimo utartego w szkole sloganu o niezrozumieniu Witkacego, ukazuje go jako autora widzącego więcej, dalej i mądrzej niż niejeden wyrafinowany polityk.

Ocena: 4,5/6

Wszystko na sprzedaż, scenariusz i reżyseria: Mateusz Atman, Agnieszka Jakimiak

Rodzaj teatru, którego nie znoszę. Wzorowany na scenariuszu filmowym Andrzeja Wajdy, który stanowił swoiste, koleżeńskie pożegnanie z tragicznie zmarłym Zbigniewem Cybulskim. Obecnie trafił, z okazji okrągłych rocznic urodzin i śmierci świetnego twórcy kinematograficznego, do Teatru Telewizji. Dawny tekst stał się inspiracją dla opowieści o konieczności podjęcia wyzwania, przez dwójkę asystentów reżysera filmowego, do kontynuowania dzieła tworzenia. To rzecz o filmie, jego ludziach i próbach sił, które stoją przed nimi, gdy zabraknie tego, który wiedział i rozumiał wszystko. Oprócz owej pary asystentów (Magdalena Koleśnik i Bartosz Bielenia), główny trzon obsady stanowią dwie aktorki (Magdalena Cielecka i Daria Polunina) będące nie tylko świadkami zdarzeń, ale współuczestniczące w owej podróży do poszukiwania sensu realizacji niedokończonego dzieła twórcy, który nagle odszedł bezpowrotnie. Owa droga mierzy przez Warszawę – klub SPATiF, gdzie jedna z artystek do wtóru saksofonu wykona niekończący się taniec, który wygląda jak rozciągnięta do granic możliwości sekwencja pozbawiona sensu i logiki. Dalej – wizyta nad Wisłą, gdzie ustawiono wielką karuzelę, kolejny zbędny element. Do tego drony, filmowanie z góry i sekwencja tylko dla wtajemniczonych – niezliczonych tablic-miejsc pamięci Powstania Warszawskiego, które mają kojarzyć się z Kanałem Andrzeja Wajdy. Twórcy serwują niekończącą się liczbę efekciarstwa, które pochłonęło masę pieniędzy, a nie stanowi jakiegokolwiek budującego elementu dla widowiska telewizyjnego. Brakuje w owej historii napięcia, staje się ona trywialna i pusta. Dodatkowo, aby dopasować powtarzalność dziejów, film Wajdy powstał w roku 1969, a kręcono go rok wcześniej w tle wydarzeń na Uniwersytecie Warszawskim, dołączono sekwencje ze strajku kobiet. Tym razem ma to być aktualny wątek feministyczny, tylko nie do końca on się utrzymuje, gdyż jedynym argumentem było chyba wprowadzenie do obsady Andy Rottenberg, która wspomina dawny scenariusz Wajdy. Ów swoisty seans pamięci ma sens tylko w jednej scenie – finałowej spotkania Magdaleny Cieleckiej z Danielem Olbrychskim i ich wspólnej przejażdżce na koniach. Zwierze, które było niezwykle ważne w twórczości autora Lotnej. W niej odbija się poezja wspomnienia i uczciwego pożegnania. To widowisko dla wtajemniczonych, którzy są w stanie rozszyfrować kody związane z Andrzejem Wajdą, ale nic nie mówiące o intencjach głównych bohaterów, zamiarach i oczekiwaniach.

Ocena: 2/6

Stan podgorączkowy, Mariusz Gołosz, reżyseria: Nastazja Gonera

Tekst – zwycięzca pierwszego Konkursu na scenariusz Narracje Nieobecne, poświęconej pandemii COVID 19 – może dotyczyć każdej sytuacji czy okoliczności. Czas z roku 2020 jest tylko niezauważalnym, faktycznie zdawkowo zasygnalizowanym symbolem, punktem odniesienia. Reżyserka faktycznie odchodzi od owego momentu przymusowego zamknięcia na skupieniu się na głównym bohaterze Maćku, który przybywa do innego miasta, aby podjąć pracę. Wynajmuje pokój wraz z innymi dwoma bohaterami. Ale kontekstem nie stają się relacje między nimi, jeżeli już to są one potraktowane zdawkowo i minimalistycznie, a uwagę kieruje na stany depresyjne Maćka. Do tego miejsca przybywa już z problemem, co widać w sekwencji fantazji-próbie popełnienia samobójstwa skacząc z okna. To wędrówka w świat jego myśli – retrospekcji z babcią, pracy, relacji rodzinnych. Przeplata się owa przypowieść ze światem dwóch pozostałych bohaterów, ale trudno doszukać się, że to COVID kogokolwiek odmienił, zmienił, przemienił. To normalny cykl życia, bez napięć i emocji. Bardzo dziwny to spektakl, który ciągnie się niemiłosiernie i ma się przekonanie, że nic nowego nie wniesie z kolejną minutą jego trwania. Faktycznie to rzecz o niczym, a jeżeli już o człowieku z problemem, który potrzebuje specjalisty – tylko dlaczego do niego nie trafia? Na szczęście owa nieudana przygoda trwa ledwo ponad pięćdziesiąt minut, choć strona internetowa Teatru Telewizji nadal podaje czas – dziewięćdziesięciu minut. Wówczas byłoby to już doświadczenie nie do wytrzymania

Ocena: 1/6

Na scenie

Starzyński, scenariusz i reżyseria: Konrad Imiela, Teatr Syrena w Warszawie, premiera: luty 2026

Ostatnia premiera w warszawskim Teatrze Syrena to przykład jak nie robić musicalu, albo inaczej jak zrobić spektakl aby zniesmaczyć (może zwymyślać) widza. To niepojęty martyrologiczny teatr z piosenkami, który nudzi i zawstydza. Całość rozegrana w nocy z 26/27 października 1939 roku w miejskim ratuszu, gdzie ostatnie chwile przed aresztowaniem przez Niemców spędził Stefan Starzyński. Skoro owa data to blisko do 1 listopada. Ten odkrywczy dzień spowodował, że twórca wymyślił noc Dziadów – znaną z utworu Adama Mickiewicza. Zatem ów gabinet odwiedzą różne postaci z dawnej i bliskiej przeszłości znane tytułowemu bohaterowi, zaśpiewają piosenkę i zejdą ze sceny. Na dodatek kilka cytatów z wieszcza i kręci się ten przerażający obrazek. Tylko problemem jest, że jeżeli już ktoś zamierza recytować Wielką Improwizację to niech ją nauczy się intonować, a nie klepie jak pacierz. To winno być zakazane! Mają śmieszyć niebieskie uszy Józefa Piłsudskiego, ale niestety tylko zawstydzają. I można owe przykłady mnożyć, ale miałoby to posmak pastwienia się nad nieudanym spektaklem. Aby było mało, w ostatniej scenie wprowadzi się ogień i zgliszcza Warszawy – przecież data 1944 na pewno wywoła emocje publiczności. Ale eten gest jeszcze bardziej udowadnia niemoc umiejętności opowieści o historii we współczesnym świecie. Ów tani sentymentalizm był adekwatny dwadzieścia lat temu, ale niestety nie dziś. W owych dziejach Starzyńskiego nie ma żadnej refleksji o człowieku, jego wadach i nieprawidłowościach. To rzecz realizowana z pseudo prześmiewczą nabożnością, ale daleką od luzu, który jest istotą w dzisiejszym opowiadaniu o tym co dawne. Wystarczy wspomnieć musicalowe: Hamiltona czy 1989. Owemu nadęciu nie pomaga pompatyczne aktorstwo, zero tempa, rytmu, statyczność przetykana fatalnymi wstawkami tanecznymi w układzie Jacka Gębury. To typowa akademia tylko szkoda, że płatna.

Ocena: 0/6

Wyzwolenie, Stanisław Wyspiański, reżyseria: Maja Kleczewska, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, premiera: luty 2026

Przedstawienie na które czekała cała teatralna Polska. Domknięcie narodowej trylogii Mai Kleczewskiej po świetnych Dziadach Adama Mickiewicza i Weselu Stanisława Wyspiańskiego. Sięgnięcie po Wyzwolenie to zawsze olbrzymie ryzyko. Niezbyt wiele, w swoim życiu, widziałem udanych realizacji owego dramatu. Zawsze dylematem od czego, od kogo są owe wyzwoliny? Kim jest Konrad, po co, dlaczego? I jeszcze dylemat miejsca akcji – teatru. Osobiście uważam, że najlepszym, chyba najpełniej komunikatywnym wykorzystaniem owego dzieła było umieszczenie jego kontekstu w filmowych Aktorach prowincjonalnych Agnieszki Holland gdy losy wspólnoty teatralnej, jej głównego bohatera Krzysztofa stykały się z dylematami utworu. W Krakowie niestety takowego wstrząsu nie było. Już scenografia, autorstwa Justyny Łagowskiej, nastręcza wiele pytań. Całą przestrzeń sceny zajmują olbrzymie schody, umieszczone na obrotowej scenie. Dokąd one prowadzą? Są nawiązaniem do Odessy czy Watykanu, a może najprościej ścieżką do Akropolu, tego naszego wykoncypowanego przez Wyspiańskiego. Tu toczy się większość akcji – polemik, dialogów, spekulacji, które w warstwie językowej stają się bełkotem bez pojęcia i zrozumienia. Ten brak komunikacji jest wypadową naszego społeczeństwa dnia dzisiejszego – gdzie dialog zagubił się, zniweczył, zamarł. Wypowiadamy słowa, ale nie rozumiemy znaczenia ich. Są one językową degrengoladą, nic nie znaczącym komunikatorem. Świetnym wprowadzeniem w ów świat kakafonii jest prolog – rozegrany wśród widowni. Muzyczny, chóralny, powtarzalny utwór autorstwa Cezarego Duchnowskiego. Przywołuje on w pamięci „chóry” Marty Górnickiej. Jednak owa sekwencja szybko zanika oddając pole słowu, które jest oderwane, różnorodne, wielokrotnie niezrozumiałe. Mnogość Konradów powoduje ów pojęciowy galimatias, jakby każdy dążył do swojego, odmiennego, indywidualnego. Początkowo próbuje on przewodzić owej masie śpiewaczej ale rejteruje przegrywając pod ciężarem nowej, różnorodnej, podzielonej wspólnoty. To spektakl wielu bodźców i cytatów z innych prac teatralnych. Reżyser (Krzysztof Głuchowski) udekorowany na Jokera przypomina Guślarza z inscenizacji Dziadów Radosława Rychcika. Sekwencja jedzenia pokarmów na schodach odwołuje się do aktorów towarzyszących Wielkiej Improwizacji Konrada w Dziadach Konrada Swinarskiego. Ta swoista wypożyczalnia kostiumów jest interesująca, ale pozostaje w kegu środowiskowego kontekstu. Idea przeciwstawienia Konrada masie i wpisanie tegoż w dzisiejszą sprawę Polską, nie odpowiada na pytanie zawarte w tytule dramatu. Od czego mamy się wyzwolić, kto ma to uczynić i w jaki sposób? Zatem to spektakl doraźności i powtarzalności znanej z telewizyjnej magmy słownego zatracenia.

Ocena: 4/6

Rewolta, Przemysław Pilarski, reżyseria: Jerzy Jan Połoński, Teatr Muzyczny w Poznaniu, premiera: marzec 2026

Każdorazowo wielkim dylematem pozostaje jak opowiadać w teatrze o naszych dziejach. Zdarzenia z historii, istotne z punktu widzenia konstruowania wspólnoty, posiadają utartą wiedzę, a te lokalne pozostają w sercach mieszkańców na wieki. W owym szacunku dla swojej przeszłości wyróżnia się Wielkopolska, która z oddaniem wspomina zryw Powstania Wielkopolskiego z roku 1918, a także zdarzenia bliższe z roku 1956. Potocznie – pierwsze masowe wystąpienie robotnicze, opór wymierzony w siermiężną rzeczywistość Polski Ludowej, który zakończył się masakrą niewinnych ludzi. Symbolem owego zrywu stała się ofiara kilkunastoletniego chłopca Romka Strzałkowskiego. Niewinnie przelana krew, zbrodnia, która tkwi w pamięci Poznaniaków, a jej ślady można odnaleźć na każdym kroku przemierzając centrum owego miasta. Z wielkim uznaniem patrzę na aktywność organizacyjną i artystyczną szefa Teatru Muzycznego w Poznaniu – Przemysława Kieliszewskiego. Z jednej strony: inwestycja, nowa siedziba placówki, której projekt zapiera dech w piersiach. Z drugiej: repertuar łączący klasykę gatunku musicalowego z poszukiwaniem nowych i odmiennych tytułów, które odwołują się do lokalnej tradycji. Tak było z muzyczną opowieścią o Ignacym Janie Paderewskim, a w bieżącym sezonie wprowadzenie na afisz Rewolty – opowieści o 1956 roku. Dodatkowym atutem stało się wykorzystanie utworów muzycznych zespołu Maanam. Choć powstały one w innym czasie, okolicznościach to są świadectwem oporu, dwuznaczności, mogące współgrać z każdym czasem buntu. Ów mariaż wydał mi się ryzykowny, choć zwycięski. Ale należy oddać, że warstwa muzyczna ostatniej premiery to świetne przywrócenie owych piosenek, które w nowych wykonaniach, wpisanych w kontekst znaczeniowy brzmią adekwatne i przejmująco. Kompozycja strony muzycznej i zbudowanie do nich strony wizualnej w wykonaniu solistów i zespołu artystów są majstersztykiem. Choć można mieć zastrzeżenia, że to pojedyncze klipy znane z ekranu telewizyjnego lat osiemdziesiątych, to zachwyca strona reżyserska (Jerzy Jan Połoński) i choreograficzna (Barbara Olech). Wspaniale brzmi głos Anny Lasoty, której emploi przywołuje pamięć o Korze. To okazała część spektaklu. Niestety gorzej jest z jego treścią. Przemysław Pilarski uniwersalizuje ową opowieść, która mogłaby rozegrać się w każdym miejscu. Nie ma jasnego wskazania, że jesteśmy w Poznaniu. Osią opowieści są losy dwóch braci – którzy wybrali odmienne ścieżki życia w czasach powojennych. Jeden współpracuje z władzą, drugi trafia do fabryki, miejsca gdzie narasta fala buntu i protestu. Akcja skupia się na owym miejscu, pulsowaniu robotniczego niezadowolenia, eksplozji społecznej frustracji i masakry zwieńczonej śmiercią tych co walczyli o „chleb i wolność”. Mankamentem są dialogi, które nie iskrzą, a mają formę relacji, chłodnej opowieści. W narracji pojawiają się również didaskalia, które zaburzają logikę inscenizacji. Co ciekawe, szkoda, że ten wątek nie został wykorzystany, to nawiązanie do daty otwarcia Operetki Poznańskiej, siedziby dzisiejszego Teatru Muzycznego. Miało to miejsce w kwietniu 1956, a na afiszu Wiktoria i jej huzar. Siermiężna rzeczywistość i nowa muzyczna opowieść odchodząca od schematyzmu socrealizmu. Przebłyskuje owa informacja, a mogłaby stać się osią opowieści dokumentalnej o teatrze tamtego gorącego czasu, tamtych chwil, tamtych dni. Zwycięstwem w Poznaniu pozostanie strona muzyczna, która przybliży tamten czas młodemu pokoleniu i może z tego wynika scenariuszowa powierzchowność i sztampowość aby dać świadectwo, a nie eksperymentować z opowieścią.

Ocena: 4/6

Chamowo, Miron Białoszewski, reżyseria: Mikołaj Grabowski, Teatr Ateneum w Warszawie, premiera: marzec 2026

Chyba każdy z nas posiada swoje ulubione filmy i seriale. Do moich należy bez wątpienia Alternatywy 4 Stanisława Barei. Myślę, że każdemu znana rzecz o mieszkańcach jednego bloku z warszawskiego Ursynowa. Oglądając ostatnią premierę w stołecznym Ateneum miałem nieodparte wrażenie, że wiele sekwencji jest zbieżnych z obrazem ze szklanego ekranu z tym co można zobaczyć na deskach scenicznych. Historia losów autora dziennika, który stał się kanwą scenariusza teatralnego, przenosi widzów do lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku do warszawskiej Saskiej Kępy, konkretnie na ulicę Lizbońską, gdzie powstał jeden z bloków coraz gęściej okalających willową dzielnicę. Tu z placu Dąbrowskiego przeniósł się Miron Białoszewski. Opuścił małe mieszkanko, które dzielił ze swoim partnerem Leszkiem Solińskim. Prześmiewczo ową nową lokalizację nazywano „chamowem” ze względu na charakter przyjezdnych nowych lokatorów stolicy. Przedstawienie to zapis owej przeprowadzki, spotkania z sąsiadami, odwiedziny rodziny, relacje z bliskimi. Swoisty nowy świat, odkrywanie odmiennego od tego co pozostało po drugiej stronie Wisły. Nieustanny remont, akustyka ścian, które niosły każde słowo sąsiada. Ale to także obrazek rodzajowy ówczesnej rzeczywistości – zarówno biurokratycznej jak i tego co otacza głównego bohatera. To także jego świat indywidualny, wewnętrzny, oderwany dość mocno od tego co go otacza. Obsadzony w tejże roli Łukasz Lewandowski jest nieporadnym odmieńcem, który absolutnie nie umie odnaleźć się w zadziwiającej nowej rzeczywistości. Dla niego każde odwiedziny – bliskich i obcych – stają się najściem intruzów. To jak życie introwertyka zmuszonego do bytu w nieznanej wspólnocie. Aktor świetnie odnajduje się w owej grze w samego siebie, zatapia się we własny świat, którego wyznacznikiem stają się dźwięki kolejnych utworów muzyki klasycznej. To trochę jak adaptacja do wymuszonej rzeczywistości przy zachowaniu zrębów własnej niezależności. To także bycie wiernym samemu sobie, wartościom i świadomości kim się jest. Całość rozegrana została w konstrukcji rusztowań, które imitują nieustanny remont, a także wielopiętrowy dom, siedlisko odmiennych charakterów i typów ludzkich. Dodatkowym atutem są projekcje ukazujące budowę bloków z wielkiej płyty. Niezwykle ciekawa lekcja poglądowa. Mikołaj Grabowski – pozostaje wierny swojej stylistyce wadzenia się z polskością i Polakami. Dąży do wydobycia humoru, a poszczególne sceny wypadają ze zmiennym szczęściem, ale podpatrzenie urzędniczek wzbudza uśmiech u wielu widzów. Niepotrzebne są piosenki, które tworzą klimat bardziej z Pragi Północ i orkiestry podwórkowej zaburzając logikę owej opowieści. Zatem powstał spektakl o Warszawie i o Warszawiakach, gdzie splatają się wątki przypadkowych bohaterów z doświadczeniem Mirona Białoszewskiego – odmieńca wrzuconego do „chamowa”.

Ocena: 4/6

Folwark zwierzęcy, George Orwell, reżyseria: Wojciech Kościelniak, Teatr Ludowy w Krakowie, premiera: wrzesień 2025

Animowany film na podstawie książki Georga Orwella Folwark zwierzęcy był dla mnie jedną z pierwszych lekcji polityki. To znakomite metaforyczne ukazanie, pod postaciami zwierząt charakterów ludzkich i zwyrodnienia polityki. Opowieść jak każda rewolucja zjada swoje dzieci, a władza się demoralizuje i manipuluje tymi, którymi ma rządzić. Rzecz pozostaje aktualna do dnia dzisiejszego, a opowieść winien przeczytać każdy kto nie wierzy, że historia lubi się powtarzać. Sceniczna adaptacja owego utworu sporadycznie gości na naszych scenach. Teatr Ludowy w krakowskiej Nowej Hucie sięgnął po ów tytuł w mało oczywistej formie. Zaprosił bowiem do współpracy Wojciecha Kościelniaka – naczelnego polskiego reżysera musicalowego, aby przygotował muzyczną historię o świecie zwierząt. I tak też się stało. Bilety na spektakl wykupione są na kilka miesięcy do przodu, publiczność gromadnie zajmuje miejsca teatralne i śledzi losy zgodne z tym co przeczytamy w książce. Zwierzęta buntują się przeciw gospodarzowi, świnie stają się liderem, a ich kolejny przywódca – Napoleon tyranem, który wykorzystuje niewinne stworzenia dla swojej idei wzorowej wspólnoty przy jednoczesnym patologicznym korzystaniu z dóbr człowieka – łóżka, alkoholu i innych używek. Dużo o tym jak wygląda współczesne życie w Korei Północnej, ale na teatralnej scenie. To także opowieść jak idea może zniewolić i upodlić, a przede wszystkim jak szybko władza się alienuje i demoralizuje. Wykorzystanie konwencji muzycznej miało usprawnić i uatrakcyjnić akcję. Niestety efekt jest odmienny od zamierzonego celu. Wstawki narracyjne, dialogowe powodują, ze wykonywane piosenki dublują to co przed chwilą widzowie usłyszeli. To wydłuża kolejne sekwencje, które po czasie zaczynają nużyć. Nie wiadomo o czym jest cała historia. Jak tylko o buncie zwierząt i zdobyciu władzy – to trochę mało. Nie ma jednej postaci, która byłaby przewodnikiem, odnosiła się do owych zdarzeń. Bohater jest zbiorowy – zwierzęta, które mają ludzką postać, a jedynym atrybutem wyróżniającym jest ogon trzymany w ręku każdej z postaci. Owa wspólnota, kolektyw wykonuje lub towarzyszy kolejnym utworom muzycznym. Ale niestety gra nie należy do najlepszych. Na wyróżnienie zasługuje strona ruchowa, ale wokal to już nie jest mocna strona większości wykonawców. W owej grupie najkorzystniej wypadają: Jan Nosal (Napoleon), Ryszard Starosta (Bokser) i Mollie (Roksana Lewak). Zatem tworzy się nie najwyższych lotów przedsięwzięcie, które raczej przypomina imitację muzycznego spektaklu. Całość przebiega jak historia od numeru do numeru z przerywnikiem na słowną pogawędkę. Brakuje w owym spektaklu napięcia, ducha emocji, rysu postaci, refleksji kim są świnie, skąd bierze się ich sukces i powodzenie. Finalny song, że człowiek jest w świni, a świnia w człowieku to zbyt mało jak na wniosek po historii o demoralizacji władzy i upodleniu współtowarzyszy.

Ocena: 3,5/6

Spektakl miesiąca

1984, George Orwell, reżyseria: Szymon Kaczmarek, Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, premiera: styczeń 2026

Podróże do Jeleniej Góry mają w sobie coś magicznego. Parę lat temu odwiedzałem to miasto regularnie za sprawą Festiwalu Teatrów Ulicznych, gdzie obcowanie ze sztuką miało w sobie posmak wakacyjnej fiesty. Od bieżącego sezonu nastąpiła zmiana na stanowisku dyrektorskim. Ster rządów objęła Katarzyna Sołtys. Pierwsza premiera, pod jej kierownictwem, napawa optymizmem. I to wielkim. Po latach zapatrzenia się w farsy i komedie, scena pozyskała niezwykle udany spektakl, który daleki jest od lekkości i powierzchowności. Co niezwykle ważne, myślę że to nie zbieg okoliczności bliskości Międzynarodowego Dnia Teatru, widownia była pełna. Zatem publiczność owego dolnośląskiego miasta łaknie poważnej scenicznej rozmowy. Do owej sceny powrócił Szymon Kaczmarek, który z dramaturgiem Żelisławem Żelisławskim przygotowali adaptację 1984 George’a Orwella. Rzecz opublikowana w roku 1949 będąca w ówczesnym czasie utopijną wizją przyszłości społeczeństwa podlegającego nieustannej kontroli i inwigilacji. Telekrany stawały się medium, które towarzyszyły jednostce w każdej czynności, śledząc jej ruch, zachowanie i działanie. Owa opowieść stała się inspiracją dla telewizyjnego show Big Brother. Twórcy spektaklu tworzą skondensowaną, niezwykle aktualną opowieść, która w aluzyjny sposób odwołuje się do naszych czasów. Akt pierwszy rozegrany jest w niezmiennej przestrzeni Ministerstwa Prawdy, a właściwie urzędu cenzury, który dokonuje weryfikacji nie tylko treści bieżących, ale również rzeczy dawnych eliminując to co niepożądane. Teza Orwella była jasna – chcesz panować nad przyszłością opanuj przeszłość. Tym co się nie udało reżimom totalitarnym to opanowanie myśli jednostek, a ku temu zmierzała właśnie weryfikacja tego co dawne. Główny Bohater Winston Smith, pracownik owego urzędu (świetny Robert Mania) to skryty, samotny, refleksyjny, żyjący swoim życiem człowiek, ale pragnący wyrwać się z owego opresyjnego świata. Wątpi w jedynie słuszną prawdę, pragnie poznać rzeczywistość bractwa opozycyjnego Emmanuela Goldsteina, który może zmienić rzeczywistość. Owa postać to zacięty wróg partii, kto wie czy nie wyimaginowany antybohater. Jakże bliskie nazwisko do Jeffreya Epsteina, nieżyjącego amerykańskiego miliardera i przestępcy seksualnego, obecnego postrachu elit amerykańskich. Każde czasy potrzebują swoich wrogów, aby zastraszać i utrzymywać kontrolę. To niezwykle udanie ukazani świata opresji, dominacji i eliminacji tego co niewłaściwe z punktu widzenia rządzących. Interesującą analogią do naszej rzeczywistości jest również nowomowa, która spłaszcza słownictwo – niczym dzisiejsze wiadomości znane z komunikatorów mediów społecznościowych. Dodatkowo elementem dekoracji są serwery, które gromadzą wszelkie treści komunikacji, a dodatkowo wszechobecne kamery ukazują labirynt opresyjnej instytucji. Zakazana miłość Smitha, poszukiwanie śladów opozycji prowadzi go do zagłady i zniewolenia. Co jeszcze mocniej ukazuje upodlenie jednostki i wszechobecność państwa. To obraz manipulacji, skrajnej kontroli, gdzie pretekstem dla owej aktywności jest wszechobecne bezpieczeństwo kraju. To wciągające przedstawienie, jasno skonstruowane, spójne i dobrze rozegrane, a przy tym aktualne i dające do myślenia.

Ocena: 5,5/6

Dość obfity plon ostatniego miesiąca – różnorodności, ale niestety i sporej dawki przeciętnego teatru. Oby za miesiąc było lepiej!

[Benjamin Paschalski]