Physical Address

304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

NOTATKI Z „KONTAKTU” CZĘŚĆ 2 – 30. MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL TEATRALNY „KONTAKT” W TORUNIU

Kolejne dni toruńskiej imprezy to próba oddania głosu młodemu pokoleniu. To spektakle dwójki najmłodszych reżyserów zaproszonych do udziału w bieżącej edycji, a także już możemy powiedzieć weterana polskiej sceny, który usiłuje nawiązać kontakt inscenizacyjny z najmłodszą generacją publiczności. Efekt jest różnorodny. Ci debiutanci „Kontaktu” w dojrzały sposób budują osobiste kosmosy interpretacyjne, a sprawdzony gracz wykorzystując dawną, zgraną estetykę własnych przedstawień gubi się w znaczeniach własnego pomysłu na spektakl.

Od kilku edycji, praktycznie każdego roku, możemy poznawać, odkrywać kolejne nazwiska rumuńskiego środowiska teatralnego. Zawsze fascynowała mnie stylistyka Radu Afrima, który kolażowo, nonszalancko, w różnokolorowym kampowym stylu przebijał balon obrazu siermiężności własnego kraju. Rumunia to także wielkie historie, dramaty wykorzystujące klasykę rozprawiające się z reżimem Niclae Ceausescu, gdzie prym wiodły inscenizacje Silviu Purcarete. W tym roku głos oddano trzydziestosześcioletniemu reżyserowi Andrei Mǎjeri, który z zespołem aktorów Teatrul de Stat Constanta przygotował Wiśniowy sad Antona Czechowa. Z utworami wielkiego rosyjskiego dramatopisarza pozostaje zawsze wielki problem. Jeżeli nie masz dla niego pomysłu – nie dotykaj się, gdyż efektem może stać się pusta ramota, która zanudza, a nie ukazuje nowe światy, konteksty, znaczenia. Przedstawienie rumuńskie jest przygodą w pół drogi.

Wielkim wygranym pozostanie na pewno scenografia. Specjalna konstrukcja autorstwa Oany Micu to kwadratowy kubik, który mieści zarówno przestrzeń gry jak i miejsca dla widzów. Podzieleni na cztery sektory, oznaczone stronami świata, okalają pokój wspomnień – osobliwości, który swoim secesyjnym stylem nawiązuje do znanej bukareszteńskiej restauracji Caru’cu Bere. Drewniana oprawa, parkiet na podłodze, wielkie matowe okno będące abstrakcyjnym widokiem na sad oraz dwa pomieszczenia – obrotowej, przeszklonej biblioteki niczym lokalizacja pamięci, a po przeciwległej stronie lustrzany kąt z wiszącym niedźwiedziem. To także tajemne drzwi, które stają się kulisami dla aktorów. Kolejne akty odmieniają ową ascetyczną przestrzeń poprzez snopy siana, wyjeżdżający z podłogi okazały żyrandol i zdegradowane terytorium, pełne symbolicznego błota, które zaczyna pokrywać deszcz. Pozostaje pytaniem – dlaczego się tutaj znaleźliśmy, czym ma być to miejsce? Odpowiedź wydaje się na swój sposób jednoznaczna. To pokój dziecinny, w którym lata najpiękniejszego okresu w życiu są na nowo przywoływane. Ale to głównie zatrzymany czas nie tylko w ujęciu wyglądu pomieszczenia, ale i mentalności mieszkańców owego majątku. Powracająca Raniewska, jej córka Ania, brat i także opiekujący się stary sługa Firs to jakby postaci niewidzące zmiany, nadchodzącej katastrofy licytacji sadu, zatrzymani w dawnym świecie niedojrzałości. Życie na pokaz, dla samego siebie, nawet przemarsz wojska, jest swoistą zabawą, a nie realnym zagrożeniem. Najdziwniejszym pozostaje owa bezmyślna samozagłada usprawiedliwiana błahością świata, nie spostrzeganiem, że pędzi on jak pociąg, którego nowa trasa została co zbudowana w okolicy. Racjonalizm Jermołaja Łopachina też jest lekko przygaszony, ale wybucha z wielką ekspresją w ostatnich sekwencjach spektaklu, jako nowego pana miejsca.

Mǎjeri oddaje pole gry również pobocznym postaciom ukazując kontrast owej rzeczywistości. To wcale nie Raniewska (Cerasela Iosifescu) jest główną bohaterką choć jej niedojrzałość, gra i pozór najpełniej wyraża się w zabawie w niepełnosprawność. Powraca na fotelu inwalidzkim, ale gdy dochodzi do bankructwa staje się żywą i sprawną bohaterką świadomą nowych wyzwań i ponownej podróży do Paryża. Ale to właśnie główny ciężar opowieści pozostaje na grupie trzydziestolatków. Ani (Cristina Luca) zakochanej w Piotrze Trofimowie (Cǎtǎlin Bucur), Wari (Ecaterina Lupu) strażniczce porządku dóbr, ale zagubionej w uczuciu do Łopachina (Stefan Mihai) oraz Jaszy (Alex Iezdimir) podlotku, żigolaku, który myśli, że swoimi walorami zdobędzie cały świat. Oni ukazują swoje pogubienie, konstans, brak gotowości dla nadchodzących zmian. Ten pokój dziecinny jest im przeznaczony, ale ostatecznie będą musieli go opuścić. Tylko Łopachin pozostanie samotny, ale burzący stary porządek. Dojrzał, wydoroślał i zrozumiał. Jest jak buldożer, który karczuje przeszłość. A inni kroczą w swojej pozie dziecinnego czasu, życia błahego, infantylnego. Zespół wykonawców jest zgrany i dobrze poprowadzony przez reżysera, który stara się na wszelkie sposoby aby było atrakcyjnie. Oprócz strony wizualnej to także wykonywane francuskie szlagiery ubarwiające świat owej gry namiętności i nadciągającego upadku.

Niestety, jak to z Czechowem bywa, zbyt wiele mamy psychologicznego przeżywania, które nadwyręża cierpliwość widzów. Pietyzm i dokładność rekwizytu, rozwleczenie scen nie daje wytchnąć, a z czasem nuży, wszak finał owej rozgrywki i tak jest znany. Jednak rumuńska prezentacja pokazuje umiejętność pracy z aktorami, jej siłą jest wykonanie, silna emocjonalność, odnalezienie się w konwencji, a także logiczny przekaz i oczekiwanie na dramat odchodzącego świata, który jest nieunikniony wraz z pierwszą sceną spektaklu.

Inny klimat ukazują Krzyżacy na podstawie Henryka Sienkiewicza we wspólnej adaptacji, z Ishbel Szatrawską, i reżyserii Jana Klaty. Przewrotność owego tytułu wiąże się z premierowym miejscem prezentacji – Teatrem im. Stefana Jaracza w Olsztynie, który znajduje się pięćdziesiąt kilometrów od Grunwaldu. Powstała ona na stulecie budynku teatru, a w Toruniu też ma swój wymiar symboliczny, gdy przytoczy się choćby hasło reklamowe miasta „gotyk na dotyk”. Olbrzymią wartością pozostaje zwięzła i klarowna opowieść, która odnosi się do losów: Zbyszko z Bogdańca (Maciej Cymorek) Maćka z Bogdańca (Maciej Mydlak) i relacji z Danusią (Agnieszka Giza-Gradowska), jej ojcem Jurandem ze Spychowa (Cezary Studniak) oraz Jagienką (Małgorzata Rydzyńska) rzuconych na tło konfliktu polsko-krzyżackiego. Ale to tylko kontekst, punkt odniesienia. Tropy prowadzą do współczesności. Na pewno Klata chce ukazać fascynację pewnej części naszej wspólnoty kibolskimi ustawkami, bójkami i przemocą. Kostiumy Mirka Kaczmarka uniwersalizują dwie, odmienne grupy. Srebrne kombinezony wzorowane na strojach czy to z Gwiezdnych wojen, a może z polskiego telewizyjnego programu edukacyjnego z roku 1987 Przybysze z Matplanety lub współczesnej gry komputerowej, posiadają jedynie drobne wyróżniki na plecach – godła zwalczających się przeciwników. Niemal nieustannie w kaskach materiałowych, gotowi do bitki ukazują powtarzalność historii i brak refleksji z przeszłości. Specyficzny, konfrontacyjny chód ma też swój sens. Niczym ludzie po amfetaminie rozpoczną kolejną bójkę, ale w imię czego, kogo i po co? To trochę spirala nakręcającej się przemocy, gdzie w tle kwitnie życie rodzinne, ale motorem egzystencji staje się agresja. To trochę jak źle rozumiany patriotyzm, że celem jego nie jest tylko miłość dla ojczyzny, ale konieczność nieustannego siłowego konfrontowania się. Klata jest nieustępliwy, buduje ów klimat relacyjności sprawnie, ale niestety monotonie. Sprawdzona stylistyka zgrywu i żartu może jest ciekawa przez pierwszych kilkanaście minut, ale później już nie wzbudza emocji, staje się obojętna. Co ciekawe sekwencje rozegrane w konwencji serio, szczególnie ukazujące śmierć Danusi i tragedię osobistą Zbyszko mają niepowtarzalną wartość przeżycia, skupienia i zrozumienia tego co najcenniejsze – miłości. Spektakl ma być niewątpliwie atrakcyjny dla młodego pokolenia, które prędzej kupi skrót myślowy, prosty gag, niż rozbudowany dialog. Ale nadmiar owych atrakcji niweczy ową opowieść. Tworzy się uproszczenie, że walka o coś jest jedynie zabawą. Czasem szafowanie pojęciami z najwyższej półki dialogu politycznego może okazać się niebezpieczne, gdyż ich trywializowanie gmatwa dyskurs, a na pewno jego nie ułatwia.

Całość spektaklu rozegrana jest w niezmiennej dekoracji białej, trójbocznej przestrzeni, którą okalają otwierane drzwi. To także wiatraki wmontowane w podłoże konstrukcji. Wiatr i śnieg – niczym kraina zimna, gdzie może chodzą ludzie w niedźwiedzich skórach, a na pewno w jednolitych, srebrnych kombinezonach, jest punktem odniesienia do tego co blisko, albo już jest u naszych bram. Klata z jednej strony chce pokazać ową rzeczywistość powtarzalności konfliktu i walki, która napędza życie jednostek pod płaszczem słusznej sprawy, ale dokonuje, w moim odczuciu, zbyt radykalnych porównań. W projekcjach wideo Natana Berkowicza zrównuje świat krzyżacki z nazizmem hitlerowskim. Sceny się przetykają, jednoczą, dochodzi do kolejnej próby rozliczenia, tego co wydaje się już dawno zostało przerobione i przetrawione. Na swój sposób porusza reżyser problematykę, która pulsuje podskórnie w naszym życiu publicznym, ale jednak pierwszoplanowym stają się nasze relacje z Rosją. Tego wątku absolutnie nie ma, na całe szczęście, gdyż nie można iść na wojnę ze wszystkimi. Ale diagnoza kolejnego sporu z zachodem i powracającej fali owego zagrożenia, w chwili obecnej wydaje się polemiczna. Choć nie można zapominać o rosnącej sile nacjonalistycznej AfD tuż za naszą zachodnią granicą.

Niektóre sceny, ukazane w konwencji tragedii, niestety śmieszą. Tak jest z oślepionym Jurandem, który staje się figurą Chrystusa umieszczoną w zakonnym krzyżu. Formy walki również wywołują uśmiech, bo przecież na swój sposób, wszystko jest igraniem. Zapewne tonacja powagi byłaby nieznośna, ale wtórność scen względem siebie ma analogiczny wymiar i konsekwencje. Finalna część będąca nowym Grunwaldem, nieustanną bitką z udziałem grupy rekonstrukcyjnej, jest przewidywalnym efektem. Przy dźwiękach heavy metalu, trwa nieustanna nawalanka, która kończy się napisem „Danke schoen” – skończone, dokonane. Do kolejnej ustawki w lesie, ogrodzie, za rogiem. Czy to jest nasze przekleństwo? A może efekt położenia geopolitycznego? Na pewno w nasz genotyp wpisana jest nieustanna pogoń do walki o coś, o kogoś? To zbiorowa wypowiedź całego zespołu, który odnajduje się idealnie w owym zamyśle, ale czasem gubi sensy narracji.

To spektakl ukazujący niezmienność stylistyki Jana Klaty, która w moim odczuciu dla kolejnego pokolenia zapewne jest atrakcyjnym komentarzem, komunikatywną propozycją szeroko wykorzystującą popkulturowość naszego czasu. Ale dla tych wszystkich co znają reżysera to odcinanie kuponów tego co już znane. Tak jak w Sprawie Dantona Stanisławy Przybyszewskiej dialog o wielkiej rewolucji francuskiej sprowadzony został do targowiska ze Stadionu Dziesięciolecia, to dziś problematyka relacji przyjmuje wymiar rodziny prawie Kiepskich i mordobicia – coraz brutalniejszego obrazu polskiej tożsamości pisanej fałszywym patriotyzmem. Zapewne spektakl do rozwagi, ale też dla szerokiego odbiorcy, gdzie komunikatywność wygrywa z napuszeniem i poważną sprawą. Jest o tym co tu i teraz, ale niestety z licznymi znakami zapytania.

Zupełnie odmienny nastrój dostarczył spektakl zrealizowany w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Największą wartością owej prezentacji stał się zespół wykonawców, którzy w niesamowity sposób oddali głębię, swoiste zimno, a przez to uczucie współegzystencji bohaterów owej intymnej opowieści. Sceny z życia małżeńskiego na podstawie scenariusza filmowego Ingmara Bergmana w reżyserii Katarzyny Minkowskiej, posiadają niesamowitą moc nie tylko płynnej historii, ale i swoistego drugiego dna, które ukazuje prawdy o związkach, relacjach, trwaniu razem z drugą osobą. Nie bez znaczenia jest fakt, że wspomniany obraz kinematograficzny pochodzi z roku 1973 i odpowiada ówczesnym mechanizmom budowania owej trwałej ludzkiej więzi. Nie ulega wątpliwości, że dawne schematy się zdeaktualizowały, choć niektóre taktyki relacyjności nadal obowiązują oraz trwają. To swoista wiwisekcja małżeństwa niezwykle dobrze pomyślana i skonstruowana jako przeplatające się relacje szóstki bohaterów, choć tej samej pary, ale w różnym wieku oraz znajdującej się w odmiennych zakrętach życia. To psychologiczna rozgrywka postępujących, dojrzewających ludzi, którzy stosują taktyki uzależnienia i współistnienia. Najciekawsze, że oddech Skandynawii jest niesłychanie istotny, gdzie „pasywna agresja” jest zjawiskiem powszechnym, która konstruuje życie społeczne owego kręgu kulturowego. Pod płaszczykiem pięknych słów, opowieści, wyidealizowanego obrazu kryje się manipulacja, strategia uzależnienia i przywiązania. W spektaklu Minkowskiej niezwykle rzadko pada słowo „miłość”, „kochać” zastępuje je przywiązanie i wspólne trwanie. Emocje są silnie tłumione, a życie to gra, teatralizacja zachowań i skrywanie prawd dla dobra ogółu. Owych zależności nie może przekreślić romans, potencjalny rozwód, a także choroba Alzheimera, które raczej są motorami do wspólnego trwania, a nie oddalania się od siebie.

Walorem owej inscenizacji jest dualny charakter narracji. Z jednej strony to żywy plan, pełen świetnych sekwencji i dialogów budujących schematy małżeństwa, a także nagrane fragmenty wideo oraz wykorzystanie kamery na żywo, która jak trzecie oko, obserwator z boku wgryza się w świat myśli, charakterów, nastrojów poszczególnych postaci. Minkowska świetnie sobie radzi z prowadzeniem aktorów. Owa konstrukcja przedstawienia wymaga wielkiej precyzji i skupienia. Prym w owym zamyśle wiedzie Magda Grąziowska i Szymon Czacki oraz Anna Radwan i Juliusz Chrząstowski. Ten ostatni jako dojrzały Johan nie daje oderwać od siebie wzroku. Postępująca choroba, coraz głębsze oddalanie się od rzeczywistości, świata, poleganie tylko na współtowarzyszce życia – Marianne, jest dojmujące i niezwykle sugestywne. Dopełnienie stanowi niesamowita para przyjaciół, gości, współtowarzyszy życia: Peter (Michał Majnicz) oraz Katarina (Ewa Kaim), którzy tworzą specyficzny trójkąt z Tedem (Łukasz Szczepanowski). Kompletnie nie pasującą do owego zgranego zespołu aktorskiego, jakby odklejoną, nie rozumiejącą konwencji jest Marianne z przeszłości – Natalia Kaja Chmielewska. Jej rola jest wielkim nieporozumieniem. Odrzuca i powoduje, że staje się ona ciałem obcym w niesamowitej konwencji spektaklu.

Obraz życia bohaterów można nazwać luksusową Ikeą. Nie ma zgrzebnych drewnianych mebli, ale zastępuje je świat luster i czerwonych elementów wystroju oraz kotar, które dopełniają na swój sposób ten zimny, wydestylowany obraz związku, ale podskórnie bijącego uczucia. Bohaterowie przeglądają się własnemu życiu, choć czasem krwistość materii ukazuje drżące serce.

Minkowska stworzyła niezwykły teatr rodzajowy, w którym nadrzędnym jest aktorstwo rozdarte pomiędzy wyhamowane emocje, a terapeutyczne ograniczenia. Świat iluzji owej opowieści pełen jest tłumionej agresji, że bohaterowie się nie kłócą, a przecież owe reakcje niepożądane pulsują, biją i wybuchają w zamkniętej przestrzeni luksusowych lokalizacji. Ale są ukryte, bo to co widoczne ma być perfekcyjne i szczęśliwe. To życie jak erzac, ale jednak życie, które urzeka swoją niedookreślonością i magią teatralnej konwencji. Wielka wygrana reżyserki, a przede wszystkim wykonawców, którzy skonstruowali niezwykły świat miłości, choć bez artykułowania owego słowa. Przyzwyczajenia, sztucznego kleju codzienności. Bo przecież wszystko jest na pokaz.

Festiwal „Kontakt” 2026 dobiega końca. To były ciekawe dni – pulsu, nastrojów, odmienności, ale przede wszystkim różnorodnego teatru, o którym warto rozmawiać.

Wiśniowy sad, Anton Czechow, reżyseria: Andrei Mǎjeri, Teatrul de Stat Constanta; Krzyżacy, Henryk Sienkiewicz, reżyseria: Jan Klata, Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie; Sceny z życia małżeńskiego, na podstawie scenariusza Ingmara Bergmana, reżyseria: Katarzyna Minkowska, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie.

[Benjamin Paschalski]