Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Benjamin Paschalski w Tańcu
Benjamin Paschalski w Tańcu

Mój dobry kolega ma nowego przyjaciela. Ten bohater pojawił się w jego życiu niespodziewanie i wygląda, że zostanie z nim na dłużej. Ma na imię Claude i jest zaawansowanym asystentem sztucznej inteligencji. Wyręcza mojego znajomego w wielu czynnościach: piszą wspólnie teksty, analizują dane, a przede wszystkim nieustannie rozmawiają. Towarzysz jest miły, układny, nawet ma poczucie humoru. Za dużo nie wymaga, nie obraża się i jest wielce pomocny. Oczywiście nie można mu w pełni ufać, gdyż popełnia błędy i gdy mu się je wskaże – nie irytuje się, wręcz przeciwnie na wszystko ma świetną wymówkę, usprawiedliwienie. Jest tani w utrzymaniu, nie wymaga wielu nakładów finansowych, ponoć niezmiernie pracowity. Mam poczucie, że wspomniany kolega znalazł partnera na całe życie, który nie musi go rozumieć, ale wspiera i jest zawsze blisko, gdy go potrzebuje – pod warunkiem, że nie wykorzysta się wszystkich tokenów, choć zawsze można je dokupić. Czy tak będzie wyglądała nasza przyszłość? Jeszcze nie tak dawno i chyba nadal substytutem relacji międzyludzkich stawała się relacja ze zwierzęciem, a dziś to już maszyna. Świat galopuje w przerażającym tempie i chyba każdy z nas zauważa, że technologia wyprze człowieka z rynku pracy, ale czy zdominuje nasze umysły i spostrzeganie rzeczywistości? Owe pytanie nie jest również obce po obejrzeniu ostatniej premiery Polskiego Baletu Narodowego do muzyki Przemysława Zycha i w układzie Roberta Bondary.
Od wielu lat podążam tropem kariery owego artysty. Ten dziś ponad czterdziestoletni choreograf i reżyser operowy, szef kompanii baletowej, pedagog, potrafi zaskakiwać swoim indywidualnym językiem wypowiedzi, własnych poszukiwań, odkrywczości i pewnej tajemnicy. Mam poczucie, że jego ostatnie spektakle układają się w pewną kompozycję tematyczną. Nadrzędnym jest mężczyzna, jego może nie zagubienie, ale poszukiwanie ścieżek życia, dróg wyjścia z pułapek uczuć, a także odnalezienia samego siebie. Co interesujące niezwykle cenię jego dwie operowe premiery bydgoskie: Orfeusza i Eurydykę Christopha Willibalda Glucka oraz Króla Rogera Karola Szymanowskiego. W obu pracach w centralnym punkcie znajdował się właśnie mężczyzna – równolatek artysty, który staje przed wyborem: miłości czy indywidualności, bycia razem a może osobno? To także pytania krańcowe – o sens egzystencji, podążania utartą ścieżką i schematem trwania, a może odejścia, poszukania wyzwolenia i jedynie znanej samemu sobie wolności. Owa droga do symbolicznego wyzwolenia jaskrawo pobłyskiwała już wcześniej w mieście nad Brdą w tanecznej pracy artysty – Zniewolonym umyśle inspirowanym dziełem Czesława Miłosza. Piętnaście lat temu choreograf dokonywał wiwisekcji jednostki, która stoi przed wyborem niezależności a podporządkowaniem, które swoją machiną instytucji unicestwia. Właśnie ów wątek człowieczeństwa, widzenia męskiego świata, próby zrozumienia mężczyzny jego pragnień i stojących przed nim wyzwań wydają się niezwykle silnie scalone z koncepcją twórczą Bondary. Co ciekawe wydaje się, że coraz lepiej czuje się on w świecie opery, który daje więcej możliwości interpretacyjnych poprzez wieloelementowy aparat twórczy. Sztuka tańca może wydać się ograniczająca szczególnie gdy chce się opowiedzieć zbyt wiele – oddając narracji głos główny. Mam poczucie, że właśnie opowieść staje się nadrzędna dla artysty, który pragnie wykorzystać cały inwentarz możliwości scenicznych zrównując taniec z innymi środkami wyrazu. W ten sposób gubi się sztuka baletowa oddając pole widowisku, w którym taniec wcale nie musi być głównym elementem kreacji, a jest tylko jednym z wielu części kreacji tego co najważniejsze – akcji. Bondara pragnie konstruować przedstawienie totalne, ale w owym zamyśle pojawia się pułapka. Skoro definiujemy spektakl jako balet to winien odpowiadać owemu założeniu, a ostanie premierowe doświadczenie w wykonaniu Polskiego Baletu Narodowego nie jest aż tak oczywistym przedsięwzięciem. To raczej hybryda, w której gubi się taniec na rzecz precyzji dramaturgii, choć i ona swoją zawiłością nie prowadzi do jasnych konkluzji. Ale jedno pozostaje niezmienne – w centrum pozostaje mężczyzna, przed którym stoją wybory życia, uczuć, człowieczeństwa.
Świat przyszłości, już drugi raz w tym sezonie, gości na baletowych scenach naszego kraju. Po kompletnie nieudanym gdańskim Metropolis, czas przyszedł na Warszawę. Androidy to taneczna opowieść inspirowana amerykańsko-hongkońskim filmem science-fiction z roku 1982 w reżyserii Ridleya Scotta – Łowca androidów, która z kolei czerpała z powieści Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? Philipa K. Dicka. Świat przyszłości Los Angeles jako kolejna utopia, gdzie istnieją replikanci, stworzeni na wzór człowieka, wykorzystywani do niebezpiecznych zadań w pozaziemskich koloniach. Ich bunt tworzy oś narracji i zmusza do eliminacji owych jednostek przez specjalnie powołane podmioty policji: łowców androidów. Główna postać grana przez Harrisona Forda nie tylko wykonuje zadanie ścigania niebezpiecznych tworów, ale również ważnym jest jego wątek osobisty, relacyjny. Korzystając z owego pierwowzoru Bondara buduje własną historię, w której ukazuje ową pogoń za androidami, ale także kluczowym, wysuniętym na plan pierwszy, staje się epizod miłości, uczuć, egzystencji.
To kolejny spektakl, gdzie główną postacią jest mężczyzna rozdarty pomiędzy tym co zamknięte, domowe, na swój sposób skomplikowane, ale konstruowane przez człowieczeństwo, a nowe zauroczenie do partnerki z pracy, która okazuje się istotą humanoidalną. Przewrotność owej historii polega na tym, że ta druga połówka, będąca istotą ludzką, która winna odwzajemniać uczucia jest zimna jak lód czego efektem jest umierające pod jej opiekuńczą ręką drzewko, a postać pozbawiona człowieczeństwa staje się troskliwą, pełną empatii i miłości bohaterką, która redefiniuje życie łowcy androidów. Główny twórca przedstawienia jest niezwykle przewrotny. Rzeczywistość, która coraz mocniej wkrada się do naszej codzienności przepełniona ekspansją sztucznej egzystencji personalizuje i stawia niezwykle istotne pytanie egzystencjalne? Kto jest Twoim przyjacielem, partnerem, towarzyszem? Człowiek ze swoim balastem doświadczeń, kompleksów, niepowodzeń i nieporadności, a może sztuczny byt, który przybiera zewnętrzną formę ludzką, a jest konstruktem mechanicznym zbudowanym z podzespołów i sztucznej inteligencji. Owa oś relacyjna ukazuje kameralny dramat trójkąta. I tak właśnie odbieram owe spotkanie z najnowszą premierą Polskiego Baletu Narodowego. Bondara oddaje pierwszeństwo właśnie owej skupionej narracji dając widzowi niezwykłą diagnozę tego co już przed nami, a może już jest wokół nas. I to trio owych protagonistów, gdzie kluczowym jest emocjonalne zagubienie, a może raczej rozdarcie mężczyzny, świadczy o istocie przedstawienia. Reszta jest tłem, które wypada niestety bardzo różnie.
Trzeba powiedzieć jasno, że nie jest to wieczór baletowy, ale raczej widowisko taneczne. Główny autor spektaklu stawia na klarowność wywodu, stara się aby był on jasny i zrozumiały. I to go gubi, bowiem jego choreograficzna koncepcja staje się zakładnikiem opowieści, która uśmierca kroki na rzecz treści. Całość rozpoczyna projekcja będąca eposem wyścigu technologicznego człowieka. Ta swoista walka z naturą, chęć dominacji nad nią ukazuje jej degradację, ale także cywilizacyjną samozagładę. Ów filmowy prolog jest jasnym sygnałem, że znajdujemy się w pewnej sytuacji krańcowej, można powiedzieć przedpotopowej, w którą wkrada się rywalizacja pomiędzy tym co stworzył, a tym co zostało skonstruowane. Jednak brakuje jasnej przesłanki o co właściwie chodzi z tą gonitwą za wytworzonymi postaciami zbliżonymi wyglądem do ludzi, a jednak będącymi sztucznym tworem. Nagle znajdujemy się w pewnym, niedookreślonym świecie, niedopowiedzenia, braku klarowności, ale z początkowym świetnym układem grupowym ukazującym mechanizację, wytwory naszego rozumu, które możliwe, że stają się zagrożeniem dla ludzkiej egzystencji. Wśród nich błądzi Łowca. I faktycznie ten początkowy układ, który wskazuje, że możemy mieć styczność z ciekawym układem tanecznym jest jedynym w pełni oczarowującym zbiorowym elementem w owym przedstawieniu. Dodatkowym atutem jest otwarta przestrzeń całej dużej sceny Teatru Wielkiego-Opery Narodowej, której głębia onieśmiela i na swój sposób przeraża. Dalej Bonadara skupia się na wątku Łowcy (Ryota Kitai), Niny, jego żony (Jaeeun Jung) oraz Dr Ræ, nieświadomej swojej sztucznej egzystencji, partnerki głównego bohatera, w akcji pościgu za androidami (Hye Ji Kang). I owe skupione duety wypadają naprawdę zjawiskowo. Niezwykle trudne, dopracowane w każdym szczególe oczarowują. Ryota Kitai jest niesamowity w swoim poświęceniu, uderzającym jakościowo wykonaniu, a przede wszystkim emocjonalnym rozdarciu pomiędzy żonę, a rodzące się uczucie do androida. Świetnie oddaje ów dualizm: niespełnienia i nadziei uczucia. I w mojej ocenie na tym kończy się spektakl. Właśnie na owej historii, tym dramatyzmie w wykonaniu azjatyckich tancerzy, którzy efektownie odnajdują się w zaproponowanym układzie Bondary. Owe popisowe duety winny wejść do kanonu gal baletowych jako pokaz naszej siły choreograficznej, gdyż naprawdę są olśniewające.
Jednak owego wysublimowanego, intymnego świata trójkąta nie równoważą sceny zespołowe. Są one niestety płytkie i mało wyraziste. Dodatkowo oś narracyjna jest niespójna. Abstrahując od faktu, że nie do końca jest jasnym dlaczego dochodzi do konfliktu człowieka z androidami, to również ostatnie sceny degradują całą oś opowieści ścigania sztucznych bytów. Całkowicie jest niezrozumiałym po co Łowca angażuje wszelkie siły, energię i ryzykuje własne życie aby pokonać owe twory jak je unicestwia czas, który tyka na wyświetlaczu i umierają one z pojawieniem się liczby zero. Zdumienie sięga sufitu sali im. S. Moniuszki, gdyż naprawdę nie da się zrozumieć czemu służyła cała intryga: pogoń, ukrywanie się androidów jak wszystko zależy, niczym od gasnącej świecy, przemienionej w elektroniczny zegar życia. Tym co uśmierca jeszcze owe baletowe widowisko jest deficyt tańca. Niektóre sceny, głównie grupowe, zamykają się prostymi układami, które rażą swoją powierzchownością. Niezrozumiałym jest scena w operze, gdy pojawiają się cytaty z Czarodziejskiego fletu Wolfganga Amadeusza Mozarta. Tu ukrywa się jeden z androidów Aidæ (Aida), która jest śpiewaczką w owym przybytku muzyki. I znów wątpliwości. Skoro ma takie imię to chyba lepiej było sięgnąć po Marsz triumfalny z opery Giuseppe Verdiego wówczas świetnie współgrałoby to z jej mianem i kto wie czy nie mogłaby powstać zjawiskowa scena grupowa. Również sporą część całego układu zajmuje nieznośna pantomima, która spowalnia akcję czyniąc niektóre sceny na wzór dawnych spektakli Henryka Tomaszewskiego. Tylko owa konwencja była ciekawa czterdzieści lat temu, dziś jest wręcz niestrawna. Owe przemyśliwanie, dumanie, analizowanie naprawdę można pokazać w inny, atrakcyjny sposób. Strasznie to śmieszy i przeraża.
Do owej produkcji specjalnie muzykę skomponował Przemysław Zych. To nie pierwsza praca z Robertem Bondarą, ale kolejne przedstawienie po Alicji w krainie czarów oraz Królowej Śniegu. To mroczny świat dźwięków, z wokalizą i cytatem z Mozarta. Wykorzystuje on cały aparat orkiestry łącznie z fortepianem, a także rozbudowaną perkusją. Jednak nie eksperymentuje, nie przekracza utartego schematu rytmiczności, minimalizmu. Ale to nie wszystko. Kompozytor jest wtórny wobec samego siebie i nie mam poczucia, że każdy fragment jego utworu w pełni współgra z tym co możemy zobaczyć na scenie. W niektórych częściach pobrzmiewają dźwięki Joby Talbota z Alicji w krainie czarów. To także muzyka baletowa zatem nie dziwi owa inspiracja. Jednak sam utwór odrzuca, ucho stawia tamę przed nieznośną powtarzalnością, jednorodnością i brakiem skontrastowania. Całość jest w tonacji noir, która może i oddaje klimat przedstawionego świata, ale przy braku przełamań usypia mimo swojej gwałtowności. Orkiestra prowadzona przez Martę Kluczyńską grała niezwykle dojrzale, skrupulatnie będąc partnerem tego co dzieje się na scenie.
Najciekawszą stroną jest obraz wizualny. To nie tylko otwarcie przestrzeni, aż po horyzont sceny, ale także minimalizm i symbolika dekoracji (Diana Marszałek) oraz pomysłowość kostiumów (Martyna Kander). Mają one charakter uniwersalny, ale jasno lokują i ukazują świat przyszłości przy zachowaniu lekkości adekwatnej dla sztuki tańca. Dopełnieniem są świetne światła przygotowane przez Macieja Igielskiego. I tu należą się wielkie brawa, bo oprawa scenograficzna buduje niepowtarzalny klimat świata, który już przed nami.
Najnowszy spektakl Roberta Bondary jest niejednorodny. To ciekawy zamysł ukazania ponowne mężczyzny rozdartego pomiędzy to co ludzkie, a to co sztuczne. I właśnie tym wygrywają Androidy – skupioną historią owej relacyjności, zależności, a wszystko co pozostaje obok. Tłem miał być świat ludzi i tworów humanoidalnych. Niestety wypada on blado, a tanecznie niedojrzale. To widowisko tańca, gdzie brakuje żywiołowości, napięcia, wstrząsu i klarowności opowieści. Zatem pozostaje skupiona historia z trójką fantastycznych tancerzy. A na pełen autorski balet przyjdzie nam jeszcze poczekać.
Androidy, Przemysław Zych, choreografia: Robert Bondara, Polski Balet Narodowy/ Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie, premiera: maj 2026
[Benjamin Paschalski]