Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Benjamin Paschalski w Tańcu
Benjamin Paschalski w Tańcu

Niekiedy, aby odkryć coś nowego, należy pokonać tysiące kilometrów. Uwielbiają owe eskapady podróżnicy, gdy na krańcu Świata mogą zachwycić się zjawiskiem przyrody czy też architektury. Ale wielokrotnie małe skarby znajdują się blisko nas. Nie dostrzegamy tego co niedaleko, a nawet w naszym kraju, uznając to co odległe i nieznane za lepsze oraz bardziej wartościowe. Ostatnimi czasy peregrynuję do nieoczywistych miejsc artystycznych, tych nawet położonych niezwykle blisko naszego kraju. Ma to swój urok, całkowitego nieznanego pola aktywności w sztuce. To wielka niewiadoma, o której rzadko kiedy można przeczytać w periodykach fachowych, które w głównej mierze poświęcają swoje szpalty wiodącym instytucjom kultury. Owe poznawanie jest również konsekwencją bieżącej sytuacji geopolitycznej gdy praktycznie droga do Azji staje się zamkniętą, a ceny benzyny windują w galopującym tempie, że grosz z portfela będzie starczał na wyprawę najdalej do pięciuset kilometrów i to w dwie strony. Stąd rodzi się potrzeba poszukiwania alternatyw. Miejsc bliskich, a nadal nieznanych. Jednym z owych regionów są kraje bałtyckie. Niby blisko od naszych granic, a nadal traktowane jak dziewiczy teren. Odnosząc się do kwestii tańca trochę wiemy o Litwie, ale głównie ograniczając się do wileńskich atrakcji, zapominając o dwóch innych ośrodkach prężnie rozwijających się w owej materii: Kłajpedzie i Kownie. Łotwa to również ciekawe miejsce z ryską sceną narodowej opery i baletu. Najbardziej na północ wysunięta Estonia, z wiodącą instytucją w Tallinie, ale także drugim ośrodkiem w Tartu, prezentuje się również niezwykle interesująco.
Owa ostatnia pielgrzymka baletowa właśnie miała miejsce do owego miasta. Siedlisko o niezwykle bogatej historii i związkami z Polską, Szwecją i Rosją to obecnie nieformalna stolica intelektualna Estonii. To nie tylko historia założonego w roku 1632 uniwersytetu, ale także ciekawa architektura ze zjawiskową zabudową starego miasta położonego nad rzeką Emajogi. I oczywiście, dla przybliżenia owych dziejów nam wszystkim, polska nazwa miasta to Dorpat, co może być bliższe dla zobrazowania dziejów owej krainy. Współczesność Tartu to ruchliwe centra handlowe, które okalają główną ulicę miasta, a także funkcjonowanie teatru, który 1 stycznia 2026 roku przybrał nazwę Eesti Rahvusteater Vanemuine (Estoński Teatr Narodowy Vanemuine). Jego historia sięga początków dwudziestego wieku, a dziś funkcjonuje w trzech siedzibach. Najbardziej okazała to mieszcząca 700 miejsc wielka sala zlokalizowana na lekkim wzniesieniu w samym centrum miasta. Owe symboliczne umieszczenie ukazuje wagę sztuki scenicznej, jej różnorodnych form: od dramatu, przez operę i musical po balet, skupionych pod jednym szyldem Vanemuine.
Zespół baletowy owego miejsca liczy trzydziestu pięciu tancerzy, którzy zgodnie z ogólnym trendem światowym, wywodzą się z całego świata. Różne szkoły, stylistyki, odmienne doświadczenia. Niezwykle ciekawym jest powód zadomowienia się w relatywnie małym, wobec innych miast Europy, miejscu. Możliwe, że daje ono dobry komfort pracy, a także różnorodny repertuar. Od sierpnia 2024 roku na czele kompanii stoi Jevgeni Grib, przez lata solista narodowego zespołu w Tallinie, z krótkim epizodem współpracy z Eifman Ballet z St. Petersburga. Repertuar formacji w Tartu nie jest bogaty to kilka produkcji, ale tym co go wyróżnia jest jego swoista oryginalność. Zarówno intrygują tytuły jak i realizatorzy. Z ostatnich premier warto zwrócić uwagę na The Litlle Prayer. Tribute to Arvo Pärt będące teatralno-tanecznym hołdem dla zasłużonego kompozytora własnego kraju w układzie czeskiego artysty Petra Zuski, a także wieczór baletowy składający się z dwóch części: Almost Air do muzyki Beli Bartoka w choreografii szefa zespołu oraz Święto wiosny Igora Strawińskiego w układzie Edwarda Cluga. Tylko tytuły tych dwóch przedstawień ukazują nie oczywistość poszukiwań artystycznych, brak sztampowości i powierzchowności w kształtowaniu repertuaru oraz nie zamykanie się w jednej stylistyce klasyki. To także świadomy wybór adekwatnych realizacji dla możliwości technicznych i wykonawczych artystów. W mojej ocenie niezwykle ciekawy koncept, który może służyć za przykład dla lokalnych, małych baletowych kompanii. To także świetny wzorzec dla naszych, krajowych formacji, które wielokrotnie poszukują, błąkają się w repertuarowych pułapkach niedopasowanych do składu grupy i ich możliwości wykonawczych. I co ważne owa wizyta w jeszcze zaśnieżonym Tartu nie tylko ukazało piękno bałtyckiej krainy, ale także świetny, przemyślany koncept inscenizacyjny, choć może bez fajerwerków technicznej różnorodności kroków. Mimo owej uwagi, ów wieczór, posiadał w sobie magię, coś oczarowującego, co wzbudza nie tylko zainteresowanie, ale także myśli, które długo nie odpuszczają po opuszczeniu teatru.
Drugi raz, w tym sezonie, artysta w przedstawieniu baletowym wykorzystał opowiadanie E.T.A. Hoffmanna Piaskun. Jest to dość zaskakujące, gdyż faktycznie nieznana w naszym kraju powiastka stanowić może interesujący materiał tanecznego libretta. Tak było w Wilnie z Coppelią w choreografii Martynasa Rimeikisa, gdzie owa treść skonstruowała tajemniczą rzecz z pogranicza jawy i snu. Owa książkowa historia zainspirowała również Jevgenija Griba dla zbudowania autorskiej wypowiedzi zatytułowanej Ash White (Biały popiół). Ów tajemniczy Piaskun wywiedziony z folkloru niemieckiego to postać, która rzuca piach na oczy dzieci, aby pomóc im zasnąć wiecznym zapomnieniem, swoistym zniszczeniem i destrukcją. To negatywny bohater, który siał strach i przerażenie budząc lęk, a także niepewność. Grib nie stąpa bezpośrednio po literach owego opowiadania. To jedynie inspiracja, która staje się niezwykle ciekawą, niejednorodną opowieścią o tragedii dziewczyny Aale, która w uniwersalnej opowieści, ale wpisanej w naszą rzeczywistość, staje przed wyborami wręcz ostatecznymi: rozdarcia między życiem a śmiercią. Brzmi to na swój sposób niezwykle, gdy weźmiemy pod uwagę, że to widowisko taneczne, ale choreograf, pragnie ukazać sytuacje ekstremalne, które mogą spotkać każdego z nas. To swego rodzaju wadzenie się z dylematami naszej codzienności: opuszczeniem, samotnością, depresją, ale głównie wyborem – co zrobić gdy tracisz to co najbliższe, najważniejsze i niemożliwe do odwrócenia. To swoiste widowisko z tezą, które posiada jasny przekaz, przewodnią myśl. Jego główny kreator jest świadomy swojej opowieści, tego co chce przekazać odbiorcy. To nie przypadkowa, pozbawiona narracji historia, ale pełna jasnej koncepcji interpretacja otaczającego świata.
Główną bohaterką, owej baletowej opowieści, jest wspomniana Aale (Caroline Maquignon), która w pożarach traci dwie najbliższe osoby. Pierwszym jest ojciec, a kilka lat później ukochany chłopak, strażak Hendrik (Bradley Howell). Dwie traumy, dwa doświadczenia, które rzutują na całe życie. Owe zdarzenia poprzedza pojawienie się, widzianego tylko jej, tajemniczego mężczyzny – Piaskuna. To metaforyczna figura przeznaczenia, który staje się zwiastunem zła, niespodziewanych zdarzeń, a one odmieniają całe życie. Utrata dwóch mężczyzn ma swoje poważne konsekwencje dla dalszej egzystencji. W jakim kierunku zmierzać? Jaką wybrać drogę funkcjonowania? Grib jest dobrym obserwatorem życia społecznego. Ukazuje świat samotności, odsunięcia się od bliskich, zatopienia we własnej traumie wnętrza, która nie tylko paraliżuje ciało, ale również umysł. Utrata tego co było motorem funkcjonowania prowadzi do apatii, depresji, całkowitego wycofania. Owa samotność staje się wybawieniem, zatapianie się we własne myśli, wspomnienia daje ulgę, ale również zabija. Aale podąża własną ścieżką tego co byłe, przy jednoczesnym popadaniu w złowieszczy obłęd ciemności – świata Piaskuna. Jednak to co pulsuje w głowie, tego co wewnętrzne, napełnione lękiem i negatywnymi emocjami staje się drogą do destrukcji i możliwej samozagłady. Bohaterka walczy z tym co ją dopada, opętuje, nie daje funkcjonować. Świat ciemności staje się złowrogi, drapieżny. Jednak jest ona w stanie go przezwyciężyć i podążać własną drogą – bieli – wybawienia i możliwego, choć samotnego szczęścia. To niesłychana rywalizacja dwóch kolorów. Czerni – śmierci i zniewolenia. Nie tylko jej przepowiedni, ale realnego wiecznego odejścia. Dla kontrastu to barwa biała – nadzieja życia, własnej drogi pokonania tego co już byłe i wyrządzone przez los.
W owej baletowej interpretacji doszukiwać się można wielu analogii. Mi do głowy przyszedł film Sala samobójców, gdy osamotniony bohater poddaje się wirtualnej rzeczywistości, która go faktycznie zniewala i unicestwia. I choć estońskie przedstawienie pozbawione jest owej sugestywności, bezpośredniej analogii do tego co dziś jest zmorą młodego pokolenia, to faktycznie ukazuje, że nie można poddawać się potencjalnej niszczycielskiej mocy, która przybiera kształty pożądania, ale należy kroczyć, własną, pewną, autonomiczną ścieżką życia.
Grib świetnie radzi sobie z nastrojem, klimatem owej opowieści. Wciąga w jej wir publiczność. Dzieje się to za sprawą niezwykle sugestywnych obrazów, które pozostają na długo w pamięci. Jednym z nich jest wysypywanie z hełmu ukochanego ziemi – jako ostatecznego rozstania, a także taniec w rozsypanym popiele w części drugiej. To także użycie bieli, które ukazuje zatopienie się głównej bohaterki w świecie życia i zerwania z myślami opętania przez Piaskuna, z ujmującą finalną sceną białych płatków, które ukazują wybawienie dziewczyny i wybór światła – życia. Choreograf gorzej radzi sobie z techniką wykonania. Układ jest niesłychanie prosty, by nawet nie powiedzieć, że w wielu fragmentach wręcz zbyt banalny. Można mieć wrażenie, że tancerzy zjada stres wykonania. Może to efekt niezbyt częstych pokazów, ale niepewność dostrzeże nawet niezbyt wytrawne oko. W owym gąszczu przeciętności wybija się na pierwszy plan Caroline Maquignon jako Aale. Tancerka świetnie buduje nastrój, klimat, ból własnej historii. Nie tylko odtwarza postać, ale czuje się, że ona jest właśnie ową tragicznie doświadczoną dziewczyną. Miłość i ból straty. Samotność i zagubienie w czerni. To niezwykle sugestywne obrazy z jej udziałem. Bardzo dobrze wypada w duecie z Bradley’em Howell w roli Hendrika, który wykazuje również wysoki poziom wykonania. Jednak to trochę mało, ale zakładam że to dopiero początek pracy nad jakością prezentacji i repertuarem pod kierownictwem Jevgenija Griba. Należy podkreślić, że twórca ma pomysł, świetnie rozumie scenę, jest świetnym magiem kreowania klimatu, ale do pełnego sukcesu brakuje perfekcji kreacji. Oby z kolejnymi latami było lepiej dla ukazania pełnego kunsztu zespołu z Tartu.
Ważnym elementem jest scenografia autorstwa Kristjana Suitsa. To różnych rozmiarów i kształtów figur ruchome kubiki, które tworzą symboliczne, różnorodne przestrzenie gry. Owa oprawa plastyczna współgra z uniwersalnym odbiorem owej baletowej podróży. To na co koniecznie należy zwrócić uwagę to dobór muzyki i jej wykonanie. Nie są to przypadkowe utwory, ale świadomy wybór dzieł dwóch brytyjskich kompozytorów: Gustava Holsta i Edwarda Elgara. Planety i Wariacje Enigma wydają się wręcz dedykowane dla tanecznej sceny. Świetnie brzmią i posiadają niebagatelny emocjonalny potencjał. Miejscowa orkiestra pod kierunkiem Aleksandra Bražnika brzmiała dojrzale i adekwatnie do akcji scenicznej. Duże uznanie dla owej interpretacji niezwykle rzadko wykonywanych utworów.
Estońskie miasto pełne jest interesujących miejsc, które warto odwiedzić i poznać. Jednym z nich jest Rahvusteater Vanemiune. Tu bowiem powstał interesujący spektakl taneczny. Choć może wykonanie nie rzuca na kolana, ale w pamięci pozostanie wspomniana rola Caroline Maquignon. Jednak to przede wszystkim wielkie zwycięstwo Jevgenija Griba, który skonstruował logiczne, spójne widowisko. Nie porusza ono trywialnej bajkowej opowiastki, ale odnosi się do istotnych aspektów naszej egzystencji. Duża odwaga i ciekawy pomysł. A to już bardzo dużo w świecie cekinów i instagramowych osobowości, aby przebić się z drażliwym problemem, który może dotyczyć nas wszystkich.
Tuhkvalge (Ash White), Gustav Holst, Edward Elgar, choreografia: Jevgeni Grib, balet Eesti Rahvusteater Vanemuine, Tartu, premiera: październik 2023, pokaz: luty 2026
[Benjamin Paschalski]