Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Benjamin Paschalski w Tańcu
Benjamin Paschalski w Tańcu

Balet, analogicznie jak każda sztuka, posiada swoje różne oblicza. Dzieła romantyczne, formy klasyczne pełne powagi i majestatu, a także luźniejsze opracowania. Z ową ostatnią wiąże się nazwisko kompozytora amerykańskiego George’a Gershwina. Jako podkład, do tanecznych opracowań, jego utwory wykorzystywała niezliczona liczba choreografów. Dla mnie jednym z pierwszych doświadczeń stał się wieczór baletowy zatytułowany jego imieniem i nazwiskiem przygotowany przez urodzonego w Ostrawie artystę – Jana Hartmanna. Miało to miejsce w Operetce Warszawskiej, dziś gdzie musicalowe przeboje zawładnęły sceną w przywróconej nazwie miejsca – „Roma”. Miało to miejsce w roku 1990. Powiew zmian, poszukiwanie repertuaru bieżącej chwili, ukazało w formie choreograficznej piosenki, Błękitną rapsodię i Amerykanina w Paryżu wielkiego twórcy zza oceanu.
Jego utwory to idealny materiał dla kreatywności baletowych mistrzów, którzy mogą w nich poszukiwać odskoczni od dotychczasowych tematów, a także wykorzystywać własną technikę dla kreowania widowisk, które mogą przyciągnąć kolejne rzesze widzów złaknionych sztuki bez słów, ale w lżejszej formie i opowieści. Po piosenki, w zinstrumentalizowanej wersji, sięgnął Geogre Balanchine w Who Cares?, a niezastąpiony Gene Kelly stworzył Starstruck uzupełniając pełnospektaklowy balet utworami także Maurice’a Ravela i Fryderyka Chopina. Już za chwilę owe przedstawienie będzie można oglądać w Wielkiej Brytanii w wykonaniu Scottish Ballet. I właśnie nazwisko Kelly’ego jest kluczowe dla popularyzacji, o ile w ogóle tego potrzebował, twórczości Gershwina za sprawą ekranowej wersji Amerykanina w Paryżu, gdzie wykorzystano szeroką paletę utworów mistrza ukazując je w sfilmowanej formie musicalowej. Rytmy, dźwięki, obrazki życia, historia uczucia wpisana w powojenny świat w najpiękniejszym mieście Europy, gdzie miłość spotyka się ze sztuką, oczarowywało ówczesną widownię i kolejne pokolenia odbiorców. Adaptacja filmowa stawała się wdzięcznym tematem dla artystów scenicznych.
Christopher Wheeldon, świetny brytyjski choreograf, twórca wielkiego hitu Broadwayu i West Endu – MJ, opowiadającego rodzinne i artystyczne losy Michaela Jecksona, sięgnął również po Amerykanina w Paryżu i to w dwóch wersjach. Drugą, bardziej znaną i popularną był oczywiście musical z roku 2014. Wcześniejsza, o dziewięć lat, to baletowa ekspresja ruchu, przybliżająca technicznie interpretację do czasów George’a Balanchine’a. Wykorzystano w nim jedynie, niespełna dwudziestominutowy, poemat symfoniczny. Rzecz skomponowana w roku 1928 pełna lekkości, finezyjności, zwiewności, okryta lekką nostalgią i sentymentem, przy dźwiękach użytych klaksonów, miała opowiadać dzień z życia amerykańskiego turysty w stolicy Francji. Wheeldon poprzez dekoracje i kostiumy, pełne różnorodnych barw, dodatkowo lokalizuje akcję w okresie modernizmu i kubizmu, a jego taneczna wypowiedź to zwięzła i klarowna opowieść o dwójce ludzi, którzy możliwe, że nigdy się nie spotkali.
I należy powiedzieć, że to swego rodzaju droga, poprzez klasyczną, filmową wersję Gene Kelly’ego i musicalowe doświadczenie Christophera Wheeldona, zaprowadziła Amerykanina w Paryżu na deski Opery Nova w Bydgoszczy. Zespół baletowy instytucji nad Brdą, prowadzony sprawną ręką Małgorzaty Chojnackiej, rozwija się niezwykle sprawnie. Szefowa grupy poszukuje, dobiera artystów do współpracy adekwatnych dla możliwości formacji. Co ważne powstają nowe widowiska, które przyciągają widownię. Nie ukrywam, że było wielkim zaskoczeniem zaproszenie do przygotowania najnowszej premiery Krzysztofa Pastora. Na dodatek nie dokonanie przeniesienia czy też realizacja znanej pracy z jego bogatego kalejdoskopu choreograficznych dokonań, ale przygotowanie całkowicie nowego projektu. To już wielki ukłon, gdyż to niezwykle rzadkie na naszych tanecznych scenach, wprowadzenie oryginalnej produkcji. Wybór padł właśnie na ów hit kinowy i musicalowy. Podjęcie owego tematu, jakże odległego od codziennej praktyki choreografa, znanej choćby ze scen Amsterdamu czy Warszawy, już stało się nie lada wabikiem i wielkim oczekiwaniem. Zupełnie inaczej pracuje się nad przedstawieniem, choć w ujęciu metaforycznym, który dotyka istotnej problematyki egzystencjalnej jak było choćby w I przejdą deszcze… czy Prometeuszu, a odmiennie w widowisku baletowym dedykowanemu szerokiemu odbiorcy. Chyba nie jest adekwatnym powiedzieć „rozrywkowemu” raczej „popularnemu”. Dla Pastora nie była to pierwsza współpraca z bydgoskimi tancerzami. Wcześniej zrealizował Niebezpieczne związki, które bezapelacyjnie wygrały z poznańską produkcją sprzed lat. Dojrzałość zespołu, nie tylko pierwszoplanowych postaci, ukazywała chęć pracy, tworzenia i samorozwoju, a także wielki głód tworzenia nowego. W roku 2026 pojawiła się szansa podsumowania owych kilku ostatnich lat budowania marki miejsca, a pretekstem stał się właśnie Amerykanin w Paryżu.
Pastor skonstruował widowisko spójne i logiczne, przepełnione duchem wywiedzionym z filmowej wersji, gdzie własną technikę tańca wykorzystał w pełni dla ukazania lekkości owej opowieści. To rzecz z happy endem, gdzie muzyczne frazy towarzyszą kolejnym scenom z tłem paryskiej powojennej rzeczywistości. Jerry Mulligan (Artem Rybalchenko) żołnierz amerykański po latach pożogi pozostaje we Francji. Odrzuca mundur i poświęca się swojej pasji – malarstwu. A przecież Montmartre, dzielnica artystów, to idealne miejsce dla życia i tworzenia. Tu poznaje przyjaciół związanych ze światem teatru i przez to tworzy się grupa zapaleńców niczym znana z opery Giacomo Pucciniego Cyganeria. Owa bohema, która razem żyje, spędza czas, oddycha wolnym powietrzem. Poszukuje szczęścia po okresie traumy. Bowiem to opowieść o poszukiwaniu siebie, realizacji marzeń i wielkim dążeniu do wolności. Na drodze głównego bohatera stają dwie kobiety Lise Bouvier (Ryoka Chiba) oraz Milo Roberts (Angelika Wojciechowska), które wzbudzają drżenie serca młodzieńca. Dość zawiłymi drogami uczuć dochodzi do szczęśliwego finału, spełnienia i wyboru własnej drogi życia. To balet klarownej opowieści, logicznie postępujących po sobie scen, które budują świat francuskiego życia artystycznego. Przemierzamy ulice, kawiarnie, mosty, salę teatru, aby żyć nie tylko opowieścią bohatera, ale oddychać przestrzenią wspólnoty, mieszkańców, na swój sposób utrtacjuszy czerpiących garścią z egzystencji, bo przecież ona może być niezwykle krótka. Pastor w świat owego realizmu wprowadza wątki abstrakcyjne, które są niezwykle efektowne wykonawczo (Cienie Emocji: Kazuki Mitsuhashi, Jun Shinozaki) mimo to powodują lekkie zagubienie widza w tanecznej narracji.
Dodatkowo w owej opowieści, mimo jej klarowności przekazu, brakuje silnego pazura, akcentów które ukazują to co wypływa z muzyki i pulsu miasta. W niektórych fragmentach wyczuwa się niedosyt dynamiki i polotu, która mogłaby wzniecić ogień i żar emocji. Część akcji osadzono w teatrze. Rodzi się pytanie dlaczego nie w rewii, która stanowi dla każdego turysty kluczowy punkt wizyty. Moulin Rouge, istniejący od 1889 roku mógłby być świetnym tłem dla akcji, a także widowiskowości scen zlokalizowanych w tym miejscu. Muzyka Gershwina to również klaksony, pęd miasta, a niestety tego w spektaklu nie ma. Jest ono lekko ospałe, senne, mocno zindywidualizowane. Mocniejsze pobudzenie tła – zespołu baletowego – dałoby ożywczy powiew francuskiego luzu i przede wszystkim pędu, który pobrzmiewa w kompozycjach. I jeszcze jedna uwaga. Montmartre to przecież miejsce bliskie do placu Pigalle, które słynie z „czerwonych latarni” i warto byłoby wprowadzić ów motyw różnorodności dla ukazania specyfiki, oryginalności owego świata. Pastor tworząc libretto wykazał się lekką zachowawczością i powściągliwością. Może to chęć nie rozwijania wielu wątków pobocznych, ale owe tło ubarwiłoby taneczną opowieść.
Ów obraz paryskiego klimatu niezwykle udanie oddają dekoracje Natalii Kitamikado. To niczym wzięte krajobrazy miasta z grafik sprzedawanych do dnia dzisiejszego w dzielnicy artystów. Horyzont z pejzażem symbolu Paryża – wieżą Eiffla, Sekwaną, ulicami i mostami, a wokół kawiarenki pełne uroku i tajemnicy dyskretnych schadzek i intymnych spotkań. Ów czarno-biały świat scenografii rozświetlają kostiumy Emila Wysockiego współgrające z czasem baletowej opowieści.
W warstwie muzycznej wykorzystano szeroką paletę utworów Gershwina od oczywistego tytułowego utworu przez Błękitną rapsodię i liczne zinstrumentalizowane piosenki. Owego wyboru dokonał choreograf z udziałem Przemysława Zycha, który dokonał aranżacji części kompozycji. Owa partytura wygląda okazale, ale niestety wkrada się mankament. To wykonanie owych utworów. Orkiestra pod kierunkiem Piotra Wajraka grała całkowicie nieadekwatnie do intencji kompozytora. Raczej można było odnieść wrażenie, że to spotkanie podczas Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu w słusznie minionej epoce, a nie delikatne i zwiewne utwory mistrza amerykańskiej kompozycji. Zabrakło zupełnie polotu, za dużo w niej marszowego rytmu, dążenia do symfonicznego brzmienia. Jazz całkowicie wyparował, a przecież owa nuta jest niesłychanie ważna dla ukazania odcieni i barw brzmienia. Muzyka Gershwina mimo obecności w salach koncertowych, to forma rozrywkowa, pobudzająca do życia, wpadająca w ucho, gdzie kolejne kawałki wzbudzają uśmiech na twarzy. To zgrzyt, który nie powinien mieć miejsca. Bogusz Lewandowski w solowych partiach fortepianowych grał poprawnie, ale wielokrotnie zbyt głośno narzucając ekspresję wykonania ponad subtelność brzmienia.
Taneczna historia skupiona wokół życia cyganerii paryskiej okresu powojennego to świat kontrastów i różnorodności. Pastor zastosował taktykę wypływającą z muzyki. Dużo w niej lekkości, ale przede wszystkim delikatności. Sceny grupowe, które są niezwykle istotne, dla wprawnego oka mogą być mało atrakcyjne, ale posiadają one w sobie niebagatelny walor. Pełne są gracji, stylu i dawnego uroku. Są adekwatne do czasu, w którym ma miejsce akcja widowiska. Nie są nachalne, ale subtelne, minimalistyczne i dopasowane dla możliwości technicznych zespołu. Zjawiskowo wypada scena w teatrze, choć uważam, że rewiowy układ byłby fajerwerkiem na zakończenie pierwszego aktu.
Choreograf bardzo udanie skonstruował nie tylko tło, ale również postaci drugiego planu. Wspomniane Cienie Emocji (Kazuki Mitsuhashi, Jun Shinozaki) to dwóch świetnych tancerzy, którzy błyszczą technicznymi możliwościami i umiejętnościami. Dla mnie perełką pozostaną sekwencje z malarzami (Jorge Gutierrez, Wilhelm Koskela, Mariia Nechosa). Kilka epizodów, które iskrzą się humorem mają swój niebagatelny walor wykonawczy i siłę różnorodności. Jednak główna oś widowiska to relacje pomiędzy głównymi protagonistami. Przyjaciele głównego bohatera Henri „Hank” Baurel (Rafał Tandek) i Adam Cook (Matthias Kastl) to ciekawie skontrastowani reżyser i kompozytor. Niezwykle sprawni technicznie ukazują nie tylko własne wybory miłosne – sukcesy i porażki, ale ciekawie budują rys własnych postaci. Proste gesty kształtują ich osobowości sceniczne. Nie ustępują im panie. Lise Bouvier, w wykonaniu Ryoki Chiby jest niezwykle ciekawa technicznie, ale niestety nie porywa swoją osobowością. Odmiennie Milo Roberts (Angelika Wojciechowska) ciekawa emocjonalnie, pewna swojego bogactwa i powodzenia jest damą i kokietką, która wybiera swoich partnerów do życia.
Ale niekwestionowaną gwiazdą przedstawienia jest Artem Rybalchenko. To świetny tancerz, który posiada nie tylko bardzo dobrą technikę tańca, ale jeszcze charyzmę, która oczarowuje od pierwszej sceny. To właśnie on jest idealnym Jerrym Mulliganem, choć odmiennym od interpretacji Gene Kelly’ego. To co charakteryzuje ukraińskiego tancerza to baletowa delikatność, subtelność, a także precyzja wykonywanych kroków. Jest mistrzem indywidualnej techniki Pastora. Można mieć wrażenie, że idealnie obu artystom się współpracowało. Z owego artystycznego mariażu powstała krwista rola, godna niejednej sceny. Tym co jeszcze buduje tancerza jest jego emocjonalność, ciepło i dobro bijące ze sceny. Niewiele, a jednak niezwykle dużo dla odbioru widowiska baletowego.
Zatem w Bydgoszczy powstał oryginalny spektakl w choreografii dyrektora Polskiego Baletu Narodowego, który ukazał swoje odmienne oblicze od dotychczasowych zainteresowań artystycznych. To pełna wypowiedź sceniczna, choć z kilkoma mankamentami, z najważniejszym grzechem: brzmieniem orkiestry. To spektakl o wolności, poszukiwaniu siebie, odkrywaniu tego co najcenniejsze: miłości. I może chciałoby się więcej, inaczej, pełniej, ale i tak to jedna z najważniejszych tanecznych pereł obecnego sezonu, która na pewno pozostanie na długo w repertuarze bydgoskiej Opery Nova przy wielkim aplauzie publiczności.
Amerykanin w Paryżu, George Gershwin, choreografia: Krzysztof Pastor, kierownictwo muzyczne: Piotr Wajrak, balet Opery Nova w Bydgoszczy, premiera: luty 2026
[Benjamin Paschalski]