Physical Address

304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

CZŁOWIEK I NATURA – „REQUIEM” BALET OPERY KRAKOWSKIEJ

Podążanie za kolejnym spektaklami baletowymi, będąc praktycznie w nieustannej podróży, nasuwa pytania i liczne znaki zapytania. Za czym właściwie się dąży, czego oczekuje? Czy to tylko kolejne „odhaczenie” ciekawego widowiska, a może raczej inne aspekty motywują do owych eskapad? Wydaje się, że najważniejszym i najbardziej znaczącym jest odkrywanie, doświadczanie zaskoczenia. Największe spełnienie następuje w momencie, gdy absolutnie nie spodziewasz się wielkiego doznania artystycznego, a doznajesz go wraz z opadnięciem kurtyny. Gdy przedstawienie okazuje się nie tylko sukcesem artystycznym, ale także olśnieniem, świetnie wykonaną pracą, a także wsparte ciekawym założeniem dramaturgicznym. Wielokrotnie, w świecie tańca, można spotkać się z określeniami, że tworzy się widowisko nienarracyjne, pozbawione myśli przewodniej. Wydaje się to chybiona teza. Każdorazowo, gdy spotykam się z nowymi widowiskami mam poczucie, że choreograf doskonale wie i czuje co chce przekazać odbiorcy, a pod dojrzałością ruchu kryje się drugie dno opowieści. Owa swoista dyskretna forma dramaturgiczna ma niezwykle istotne znaczenie. Nie pozostawia widza obojętnym, daje mu szansę włączenia się w interesującą podróż w świecie bez słów, a także daje niepowtarzalną szansę budowania indywidualnej interpretacji. Ta niesamowita moc kreatywności jest wielką sztuką, a co ważne wprowadza widza w środowisko indywidualnych wyobrażeń, spostrzeżeń i możliwych tropów.

Owe doznania towarzyszyły mi podczas ostatniej premiery baletowej w Operze Krakowskiej. Z zainteresowaniem przysłuchiwałem się pogwarkom widzów komentujących spektakl, którzy w zapale komentowali to co przed chwilą zobaczyli. Uwielbiam tego typu zjawiska, gdy sztuka pozostaje nieobojętna, ale dotyka i zmusza do intelektualnej interpretacji. Przypomina mi się zdarzenie sprzed lat, gdy podekscytowany opuszczałem szacowne mury Teatru Wielkiego-Opery Narodowej i spotkałem znajomego. Z rozświetlonym okiem komentowałem to co przed chwilą zobaczyłem na scenie. Mój interlokutor z obojętnością skwitował mój zapał: „krzesła były niewygodne”. Jednak raczej owa abnegacja nie będzie towarzyszyła tym wszystkim, którzy odwiedzą scenę przy ulicy Lubicz w stolicy Małopolski. Zespół baletowy tejże instytucji nie prezentuje wielu premier. Zazwyczaj jest to jeden nowy tytuł w sezonie. Dotychczas owa formacja kojarzyła mi się głównie jako tło w wykonaniach bieżących oper i operetek, a rzeczywiście autonomicznych spektakli tanecznych pojawiało się na afiszu niezbyt wiele.

Sytuacja zmieniała się wraz z objęciem funkcji kierowniczej grupy przez Jacka Tyskiego. Ten absolwent warszawskiej szkoły baletowej oraz hamburskiej instytucji oraz zespołu tego miasta prowadzonego przez Johna Neumeiera, a także solista madryckiego Compania Nacional de Danza oraz Polskiego Baletu Narodowego, odmienił znacząco oblicze formacji krakowskiej. To przede wszystkim podniesienie poziomu technicznego, umiejętność skomponowania jednolitego, zgranego zespołu, którego pasją stał się taniec. Oglądając niedawny spektakl nie była to grupa znudzonych tancerzy, ale wielkich zapaleńców, wydaje się gotowych do kolejnych wyzwań. Już owe spostrzeżenie godne jest lauru chwały, gdyż to rzadki przypadek w naszym kraju tak szybkiego podniesienia formy grupy.

Tyski prowadził już przez chwilę zespół baletowy Opery Wrocławskiej, sprawując również funkcję choreografa-rezydenta. Wprowadził na scenę kilka autorskich prac, wśród nich Romeo i Julię do muzyki Sergiusza Prokofiewa, a także Requiem Wolfganga Amadeusza Mozarta. Zostało ono, w nieco zmienionej wersji, przeniesione również do Bytomia. Trzecia premiera, tegoż utworu, miała miejsce właśnie w Krakowie. Nie jestem orędownikiem nieustannych powtórzeń tych samych prac w granicach naszego kraju, ale ponoć to efekt ewoluowania koncepcji, poszukiwania najbardziej adekwatnych rozwiązań. Jak twierdzi choreograf to ponoć ostatnia wersja, ostateczna, najbardziej znacząca, w pełni oddająca zamysł i wizję głównego autora widowiska. I można powiedzieć, co już wcześniej zaznaczyłem, że to sztuka spełniona, pełna, która nie pozostawia widza obojętnym.

Owe wykorzystanie „mszy żałobnej” jako widowiska baletowego, dla niektórych może stanowić pretekst do zarzutów o bluźnierstwo czy też obrazę uczuć religijnych, ale to niezwykle chybione i nieupoważnione stwierdzenie. Należy powiedzieć, że to swoista świątynia człowieczego losu zestawiona z naturą, jej żywiołem oraz siłą, której nie jest w stanie powstrzymać nikt z nas. I owe spostrzeżenie jest ciekawe, gdy spojrzymy na sam źródłosłów terminu „kultura”. Słownikowo to przekształcanie stanu natury, w użyteczny, pożądany z punktu widzenia człowieka. A gdyby odwrócić owe sformułowanie? Wówczas możemy dojść do interesującej obserwacji, że to natura dziś nas niszczy za wszystko co jej wyrządziliśmy. I choć opowieść baletowa Tyskiego dotyczy ludzkiej egzystencji w uniwersum naszych dziejów, to trudno nie zauważyć jak świat, który nas otacza implikuje wszelkie działania sceniczne.

Punktem wyjścia dla koncepcji artystycznej jest scenografia autorstwa Stefanii Chiarelli wsparta projekcjami Piotra Bednarczyka. Dyskretnie zarysowany horyzont to niezwykle ważny punkt owej tanecznej opowieści. Pagórki, doliny pokryte śniegiem, a za nimi wielki szczyt w nieustannej zmianie, ewolucji, przemianie. Od pokrywy białego puchu, poprzez nieustający deszcz, słońce i noc. To świadek nieustannych zdarzeń, losów, mikro-historii, dziejów, które przemijają, a to co wokół pozostanie na wieki. To nie tylko mijające chwile dni i zachodów słońca, ale kolejne tysiąclecia z pokoleniami wrzuconymi w wir wielkiej historii. Tyski konstruuje widowisko totalne. Angażuje do owej aktywności zarówno tancerzy, a także członków chóru i śpiewaków. Nie są oni tylko postumentem postawionym na proscenium, ale także zostali włączeni do akcji scenicznej. Oczywiście to zawsze polemiczny zabieg, w tym przypadku został on zrealizowany poprawnie.

Można wykreślić trzy grupy, poprzez odmienne wykorzystanie kostiumów autorstwa Marty Koncewoj. Największą, różnorodną masę, ale stanowiącą wspólnotę, tworzą tancerze. Ich nieustanny ruch, wir, a także upadki ukazują owe zmaganie się z rzeczywistością, tym co zastane, a może dopiero przed nami. Kluczowe są owe zatrzymania, które nie tylko dają oddech od niezwykle trudnego i szybkiego układu, ale także dają szansę refleksji nad tym dokąd zmierzamy, czego pragniemy, czego oczekujemy? Choreograf w rozmowie zamieszczonej w programie do spektaklu, wskazał pewne tropy-symbole: wieżę Babel, pielgrzymkę. Są one zaznaczone niezwykle subtelnie, delikatnie. Tym co wysuwa się na plan pierwszy to uczucie, relacje między dwojgiem ludzi stojącymi przed własnym wyborem drogi, trudnej rzeczywistości, zmagania się z losem, cierpienie. Zatem to uniwersalne zjawiska, które towarzyszą nam w naszym indywidualnym życiu, które niczym przekładaniec składa się z radości i trosk.

Drugą grupę wykonawców stanowi chór. To swego rodzaju wspierający, opiekunowie owego losu. Ich zadania ruchowe są ograniczone, ale znaczące dla pełnego obrazu widowiska. Dopełnienie to oczywiście czwórka solistów wkraczająca w ów świat różnorodności, wadzenia się z tym co zastane. W tym obrazie można dostrzec coś magicznego, nadprzyrodzonego. Jak wkraczający ze świata pozaziemskiego w dolinę ziemi. To nie tylko komentatorzy, ale także dodający ducha, otuchy i wsparcia w mozole codzienności. W ten sposób tworzy się przedstawienie pełne, komplementarne, dobrze pomyślane i skonstruowane. Towarzyszy mu jasna myśl, a taniec wciąga jak narkotyk, pełen zapału oraz radości wykonania.

Jacek Tyski w krakowskiej realizacji Requiem wykazał się niezwykłą kreatywnością i pomysłowością. Nie tyczy to tylko zamysłu pełnego widowiska scenicznego unifikującego artystów śpiewaków i baletu, ale przede wszystkim oryginalnej, żywiołowej kompozycji choreograficznej. Wykorzystując technikę neoklasyczną, nie pozostawia widzowi chwili nudy. Wręcz przeciwnie absorbuje jego uwagę pełnym pasji układem, który zawiera wiele elementów z pogranicza akrobatyki. To niezwykle skomplikowany układ, który dla tancerzy, którzy niezbyt często występują w tego typu produkcjach, musiał być niezwykłym artystycznym wyzwaniem. Sprostali jemu niezwykle dobrze, by nie powiedzieć wzorowo. Na wyróżnienie zasługuje cały zespół, ale w mojej pamięci pozostanie duet Malika Takkazhina i Yauheni Raukuts oraz świetne solistyczne fragmenty w wykonaniu Gabriele Togni. To tylko wyróżnienia, bowiem powtórzę: to świetna praca całej podwawelskiej kompanii.

Artystom towarzyszyła miejscowa orkiestra pod batutą Marca Moncusi. Grała sprawnie, ale bez fajerwerków. Skontrastowanie odgrywa istotną rolę w utworze Mozarta, wszak to muzyka niejednorodna i nacechowana ową głębią żałobnego rozstania. W ów świat wizji Jacka Tyskiego niezwykle udanie wkomponowali się nie tylko ruchowo, ale także głosowo soliści: Zuzanna Caban, Monika Korybalska, Jarosław Bielecki oraz Sebastian Marszałowicz. Ale niekwestionowanym zwycięzcą wokalnym pozostanie chór pod kierunkiem Andrzeja Korzeniowskiego i Joanny Wójtowicz. Brzmiał niezwykle dojrzale, dostojnie oddając świat sacrum mocą swojego wykonania.

Zatem podróż do Krakowa okazała się pełnym spełnieniem, tego czego oczekuję po widowisku baletowym. Olśnieniem – ruchem, pomysłem i przede wszystkim wykonaniem. Jestem pod wielkim wrażeniem tego co z zespołem baletowym uczynił Jacek Tyski. Owszem potrzeba na to kilku lat, aby dojść do owej formy, którą można zobaczyć w Requiem, ale warto inwestować i zmieniać utarte schematy. Liczę na to, że krakowska scena stanie się autorskim konceptem szefa baletu, który nie tylko będzie prezentował dawne swoje osiągnięcia, ale także zaprezentuje zupełnie nową pracę, która wyznaczy kolejną poprzeczkę artystycznych możliwości kompanii Opery Krakowskiej. I niech znów będzie o nas, świecie, który nas otacza w abstrakcyjnej formie. Gdyż zasiadając na widowni warto oglądać interesujący tanieć z głębią, która daje do myślenia i nie pozostawia obojętnym.

Requiem, Wolfgang Amadeusz Mozart, kierownictwo muzyczne: Marc Moncusi, choreografia i reżyseria: Jacek Tyski, Opera Krakowska, premiera: luty 2026

[Benjamin Paschalski]