Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Benjamin Paschalski w Tańcu
Benjamin Paschalski w Tańcu

To był teatralnie bardzo udany miesiąc. Odrabianie zaległości, ale i nowe premiery to kilka ciekawych spotkań na scenach w Polsce. Temat miesiąca – nieoczywiste spotkanie z dawną Jugosławią w dość zaskakującym tonie. Również nowy dział – „Kącik operowy”. Zatem zapraszam do subiektywnego przeglądu ostatnich dwudziestu ośmiu dni na deskach teatralnych.
Temat miesiąca – Echa Jugosławii
W tym numerze będzie trochę nietypowo. Pretekstem do rozmowy o teatrze, wolności wypowiedzi artystycznej stał się obraz filmowy. Dobry wieczór, dobry dzień to koprodukcja chorwacko-kanadyjsko-cypryjsko-polsko-bośniacko-amerykańska w reżyserii Ivony Juka. Jednak najważniejsza staje się tematyka. To opowieść o grupie czterech przyjaciół, filmowców, którzy chcą żyć własnym życiem wbrew otaczającej, powojennej rzeczywistości Jugosławii. To nie tylko wolność od reżimu autorytarnego narzucającego ideologię i oczekiwania konwencji realizacji filmów, ale także odmienna orientacja seksualna owego kwartetu kumpli. Homoseksualizm staje się niebezpieczny i niewspółbrzmiący wobec narzuconego schematu obyczajowości. Zrealizowany w konwencji czarno-białej obraz nie stroni od naturalizmu oraz odważnych scen erotycznych przesiąkniętych nagością, a także brutalnością ukazującej zwyrodnienie i patologię świata nienawidzącego inności. Jednak wydaje się, że nadrzędnym tematem jest Jugosławia, kraj którego nie ma. Rozliczenie się z jego historią, prawdami, mitami oraz powracającą brunatną narracją, która puka do bram kolejnych krajów naszego kontynentu. Juka ukazała dość smutny wniosek – powtarzalności zdarzeń, które nie odeszły, a zostały jedynie uśpione. Jej film traktuje o tym co jest nadrzędne dla twórców – bycie niezależnym, wolnym od narzuconego schematu, a obserwujemy, również w naszej rzeczywistości, powszechne próby eliminacji politycznym dyktatem, treści niepożądanych. Owa filmowa gra o wolność ma swój tragiczny finał – gdyż władza zawsze wygra z jednostką – słabszą, odmienną i pozbawioną wpływów. Ale ów oddech swobody wyczuwa się z każdą minutą owego filmu, gdy duch bezwzględnej miłości, zaufania i chęci bycia blisko najbliższej osoby jest w stanie przezwyciężyć najgorsze tortury i cierpienie. Znakiem rozpoznawczym owego obrazu jest mocny naturalizm, nie ma taryfy ulgowej dla widza, tym bardziej aktorów, którzy podjęli się niezwykle odważnych zadań twórczych.
W głównych rolach obsadzono czterech aktorów związanych z różnymi ośrodkami teatralnymi dawnej Jugosławii. Dado Ćosić (reżyser, Lovro Horvat) urodził się w Bośni-Hercegowinie, ale występuje na deskach chorwackiego Zagrebacko Kazaliste Mladih, Djorde Galic (scenarzysta, Nenad Milicic) pochodzący z Serbii, jest związany z belgradzkimi: KPGT oraz Teatar Odeon, również z tego kraju Slaven Došlo (operator, Stevan Petrovic) grający w Pozoriste na Terazijama w Belgradzie, a także Elmir Krivalic (aktor, Ivan Bota) wywodzący się z Bośni i Hercegowiny, od niedawna dyrektor Narodno Pozoriste w Tuzli. Owa wielonarodowość obsady pokrywa się z intencją filmu – ukazania owego różnorodnego świata, którego już nie ma, ale jego spuścizna zakorzeniona jest głęboko w mentalności i świadomości obywateli nowo powstałych państw. Z ową tożsamością, swoistym pogubieniem dawnej Jugosławii, na scenach różnych miejsc na świecie wadził się Oliver Frljic, którego artystyczny dorobek wielokrotnie prezentowany był w naszym kraju.
Do rozmowy o filmie Dobry wieczór, dobry dzień zaprosiłem Dado Ćosića oraz Djorde Galica, którzy w obrazie kreują parę niepożądanego i źle widzianego społecznie związku nie tylko w życiu prywatnym, ale i w zawodowym. Ich miłość to przykład trwałości uczucia, które początkują lata uniwersyteckie czasu Drugiej Wojny Światowej, okres partyzantki i kształtowania socjalizmu w Jugosławii. Rozmawialiśmy o pracy nad filmem, jego postrzeganiu w macierzystych krajach, a także codziennej pracy teatralnej w Zagrzebiu i Belgradzie.
Cosić trafił do filmu w drodze castingu. Pierwotnie miał grać Nenada, ale ostatecznie został obsadzony w głównej roli reżysera Lovro. Droga Galica do filmu była podobna. Też dokonało się to w drodze audycji. Mówi: „to moja pierwsza duża rola. Przeczytałem scenariusz i non-stop myślałem aby tylko dostać rolę Nenada, uważam że ona idealnie pasuje do mojej osoby. Podczas castingu obecny był również Dado, z którym znamy się od lat. Chyba ta nasza relacja, chemia, wzbudziły zainteresowanie reżyserki, która wybrała nas do głównych ról”. Jest dość interesującym, że Galic w jednym z wywiadów wspominał, że jest urodowo podobny do dawnych obywateli Jugosławii. To nie tylko konsekwencja posiadanego zarostu, ale raczej obsadzania aktora w tego typu rolach. „W KPGT, teatrze miejskim, który głęboko odwołuje się do spuścizny dawnej Jugosławii, zazwyczaj obsadzają mnie w spektaklach, które krążą wokół tematyki seksu, sztuki i komunizmu. To stało się dla mnie naturalne” – zauważa Galic. Obaj przyjęli role od razu i co ciekawe nie upatrywali w nich filmu stricte homoseksualnego. Aktor stwierdza, że najważniejszy jest człowiek i owa walka o wolność. Ćosić rozwija myśl: „Ryzykując, że zabrzmię głupio lub przesadnie, podczas kręcenia filmu nigdy nie myślałem o naszym filmie jako o filmie LGBTQI+. Myślałem o nim jako o historii miłosnej. Z jednej strony jest w nim miłość przyjacielska, z drugiej to miłość romantyczna, która obejmuje również intymność seksualną. A przede wszystkim jest miłość do samego kina. Przyciągnęła mnie ta historia jako taka, bez żadnej szczególnej etykietki”. Można zauważyć i stwierdzić, że oceniający i oglądający różnią się od wykonawców tym co dostrzegają w główniej mierze w obrazie filmowym.
Niezwykle interesującym jest zamysł obsadzenia, w głównych rolach, aktorów z różnych państw postjugosłowiańskich. Jak twierdzi Ćosić był to zabieg celowy i świadomy, bowiem zauważa: „Dla mnie współpraca w regionie wydaje się całkowicie naturalna, ponieważ mniej więcej mówimy tym samym językiem. Różne nacjonalistyczne okrzyki próbowały stworzyć bardziej radykalne różnice między naszymi językami, ale prawda pozostała niezmienna. Rozumiemy się. I zawsze będziemy się rozumieć”. Galic dodaje: „w filmie mówimy w języku serbsko-chorwackim. Można powiedzieć, że to jakby język jugosłowiański. Każdy z nas ma swój dialekt, istnieją różnice, ale staramy się siebie rozumieć. Zwróć uwagę na nazwę sceny w Belgradzie, skrót KPGT pochodzi od słowa «teatr» ze wszystkich języków dawnego jednego kraju. To niesamowite, że mamy różnice, ale jakbyśmy nadal byli jednością”.
W polskich mediach, przed premierą styczniową, pojawiły się informacje, że film na Bałkanach został ocenzurowany. Nic bardziej mylnego, to absolutnie niesprawdzona plotka, gdyż w Serbii w ogóle jeszcze nie został dystrybuowany, analogicznie w Chorwacji. Galic uważa, że jest to spowodowane pokazami festiwalowymi, które mają lepiej wypromować obraz przed prezentacjami krajowymi. Owszem dzieło pokazywano podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego, ale w miarę szybko trafiło do sieci naszych kin. Ćosić mówi: „Film nie miał jeszcze ogólnokrajowej dystrybucji kinowej w Chorwacji i nie do końca wiem dlaczego. Śmiem zakładać, że różne organizacje prawicowe protestowałyby przeciwko filmowi. A nie wszyscy chcą się z tym utożsamiać”. Co ciekawe obraz został jednogłośnie wskazany jako chorwacki kandydat do Oscara, ale „Chorwackie Centrum Audiowizualne podjęło decyzję o drastycznym zmniejszeniu budżetu na promocję filmu w wyścigu o Oscara. Niestety, uniemożliwiło to zorganizowanie większej liczby pokazów w Stanach Zjednoczonych i ograniczyło możliwości członków Akademii, aby zobaczyć film na dużym ekranie” – stwierdza chorwacki aktor. Zatem dziwne zjawiska w świecie kultury mają miejsce w każdym kraju, który mieni się otokiem demokracji, a tak naprawdę bliżej mu do ekonomicznej cenzury i ograniczeń wolności wypowiedzi artystycznej. Widać wyraźnie, że prawicowa narracja wygrywa, doskwiera i niepokoi twórców w każdym zakątku naszego kontynentu.
Obaj rozmówcy są zgodni, że nie powstał obraz aby zmienić kogokolwiek podejście do osób LGBTQI+. Nie istotnym jest przykładanie konkretnych łatek, ale ocenianie dzieła filmowego, które zasługuje na najwyższe uznanie, traktując o wielu aspektach życia, ale chyba kluczowym jest wolność do czegoś, kogoś i samego siebie. Film na pewno jest jednym z bardziej znaczących głosów kinematografii postjugosłowiańskiej ostatnich lat, który dotyka tak głęboko właśnie miłości i wolności. Owa sztuka wymagała wielu wyrzeczeń. Ćosić zauważa: „Myślę, że najtrudniejszą częścią filmu, wymagającą największego przygotowania psychicznego i fizycznego, był proces odchudzania pod sam koniec tworzenia filmu. Mieliśmy około dwóch i pół miesięcy, aby schudnąć jak najwięcej (ostatecznie obniżyłem wagę o 23 kilogramy). Kilka scen kąpieli morskich nakręciliśmy również zimą, kiedy temperatura wody spadała poniżej 10 stopni Celsjusza, co było niezwykle wymagające fizycznie. Ale jednocześnie oba doświadczenia były niezwykle cenne i wiele się dzięki nim nauczyłam o sobie. Przekraczając swoje granice i uświadamiając sobie, jak bardzo ludzkie ciało jest ograniczone przez wyobrażenia o tym, czego nie może zrobić”.
Obaj aktorzy występują na co dzień w teatrach Zagrzebia i Belgradu. Dado Ćosić związany jest z jednym z najważniejszych zespołów stolicy Chorwacji – Zagrebacko Kazaliste Mladih. Tu pracowali choćby Grzegorz Jarzyna, Arpad Schilling czy Oliver Frljic. Podkreśla rangę miejsca: „Praca w zespole to wielki zaszczyt, przyjemność i odpowiedzialność, która przychodzi naturalnie. To, co definiuje mój teatr, to w pełni oddany zespół, który zawsze stawia spektakl ponad indywidualność. Wierzę, że każdy reżyser, który przychodzi do nas pracować, wie, że może na nas liczyć”. Djorde Galic to istny człowiek orkiestra. Dwa miejsca pracy i dwa zupełnie odmienne instytucje. Jedna już przytaczana – miejski teatr KPGT, w którym pracuje już dziesięć lat. Tu stawiał pierwsze artystyczne kroki. Siedzibą jest stara fabryka, a widz przyjeżdżający pierwszy raz do tego miejsca jest wręcz zagubiony. Ale istota prezentowanych przedstawień to awangarda i oryginalność. Także wykorzystywanie każdej możliwej przestrzeni dla pokazania spektaklu. Tylko trzy z nich są grane na klasycznej scenie. Reszta (łącznie jest blisko dwadzieścia tytułów w repertuarze) wykorzystuje choćby bufet, pokoje i innych miejsca siedziby. „To magiczne i unikalne zjawisko artystyczne. Muszę przyznać, że w pracy aktora zawsze interesowała mnie fizyczność. Jako młody chłopak oglądałem spektakle brytyjskiej formacji DV8. Wówczas zacząłem interesować się teatrem, w którym jest wiele akrobatyki, ruchu, tańca. To mnie intryguje w sztuce. Ale niestety nie mamy tego typu teatru w Serbii. Ale zawsze ciągnęło mnie w stronę alternatywy, czegoś odmiennego. Niesztampowego. Stąd moja aktywność w KPGT, ale także współpraca z Odeonem” – stwierdza Galic. To drugie miejsce jego zawodowej aktywności. Ale jakże odmienne i różne. To otwarty w 2024 roku teatr musicalowy, prywatne przedsięwzięcie, świetnie wyposażone przez Željko Mitrovića, właściciela firmy Pink Media Group. Tu Galic tańczy, realizuje się w swojej pasji ruchu dzieląc owe zaangażowanie z dramatycznym wyrazu miejskiej sceny.
Niezwykle ciekawym aspektem, który już pojawił się w wątku chorwackim, odnośnie promocji filmu zagranicą, jest kwestia obecności polityków w kulturze w Serbii. Galic zwraca uwagę na nową formę owej aktywności, która przybiera aspekt nowej cenzury: „oni nie zwracają uwagi na sztukę. Nie komentują, nie polemizują. Bagatelizują ją. Odwracają się od niej. To jest straszne i frustrujące. Ta obojętność, brak dialogu i rozmowy. Cisza, nieustanna cisza”. Owe doświadczenie ma szerszy kontekst z nie tak dawnymi masowymi protestami w Serbii, które mimo swojej siły masy uczestników nie wpływały na dialog między władzą i społeczeństwem.
Film Dobry wieczór, dobry dzień to kawał świetnego filmu z regionu, który obecnie niezbyt często gości na naszych ekranach. Porusza ciekawy wątek jakże bliski nam wszystkim zaangażowanym w świecie teatru – wolności. Moi rozmówcy podkreślają jego wagę i są świadomi jak łatwo ją utracić gdyż ów brak dialogu, postępujący nacjonalizm jest jak zabijająca fala, której wielokrotnie trudno się przeciwstawić.
Na ekranie
Ezi, Robert Talarczyk, reżyseria: Janusz Zaorski
Spotkanie dwóch indywidualności piłkarskich: Ernesta Wilimowskiego, Ślązaka, reprezentanta Polski i III Rzeszy oraz Kazimierza Górskiego, Lwowiaka, trenera naszej kadry z największym sukcesem trzeciego miejsca podczas Mistrzostw Świata w Republice Federalnej Niemiec w roku 1974. Doszło do niego rzeczywiście, choć w oryginale skończyło się niezwykle szybko. Dla sceny Teatru Telewizji zostało rozwinięte do dialogu, dla którego piłka nożna jest pretekstem, kontekstem, znaczeniem. Sednem stają się kwestie wyborów, świadomości i tożsamości. Jakże aktualny temat wobec obecnych politycznych dysput. Robert Talarczyk z konsekwencją, nie tylko w macierzystym teatrze w Katowicach, wadzi się z owymi historycznymi uwarunkowaniami, zadając istotne pytania o wybory indywidualne jednostek wobec dziejów, które zagospodarowują nasze życie. Owa nocna rozmowa jest niczym spotkanie Gustawa z Księdzem w czwartej części Dziadów Adama Mickiewicza. Tak jak Wilimowski pojawia się w hotelu, bazie naszej reprezentacji, tak niespodziewanie odchodzi. Pozostawia przepowiednię wyniku, jako nie tylko wróżbita, ale prawdziwy wytrawny (już) kibic i znawca polskiego futbolu. Przebija z owej rozmowy nostalgia, trochę zwady, swoisty ból i niewyjaśnione fakty, które konstruują życie jednostek. Górski mówi wprost, że dla współczesnych, dawny bohater dwudziestolecia międzywojennego jest „białą plamą”. Jasno wskazuje jak polityka niweczy, niszczy naturalny nurt życia. Konstruuje ona nie tylko mapy świata, bieżące życie społeczeństw, ale również osobiste losy ludzi. Rozpisany dramat dla dwóch aktorów to ciekawe pole artystycznych możliwości. Andrzej Chyra, lekko wycofany, ale pewny siebie i Zbigniew Zamachowski, z lekkim lwowskim zaciąganym językiem, tworzą interesujące studium sportowych indywidualności. Może jest ono dalekie od oryginału – na szczęście, gdyż łatwo popaść w komedię i satyrę – ale pełne prawdy i frapującego dialogu. Najwięcej zastrzeżeń można mieć do reżysera – Janusza Zaorskiego. Niegdysiejszy twórca filmowego hitu Piłkarski poker, otrzymał materiał wręcz dla niego wymarzony. Jednak skorzystał z niego połowicznie. Konwencja owej konwersacji, której głównym elementem teatralizacji filmowej jest zmienianie pomieszczeń w towarzystwie kolejnych butelek alkoholu, w którymś momencie staje się wtórna i nużąca. Brakuje jakiegokolwiek ubarwienia, przełamania. Zwiedzanie kamerą dawnego hotelowego wystroju nie buduje napięcia, wręcz usypia. Zatem ciekawy problem, dobre aktorstwo z lekko niedopasowaną realizacją. Jednak owe przedstawienie to plus w kalendarzu spotkań z Teatrem Telewizji.
Ocena: 4,5/6
Kącik operowy
Kobieta bez cienia, Richard Strauss, reżyseria: Mariusz Treliński, dyrygent: Bassem Akiki, Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie, premiera: luty 2026
Nie będę ukrywał, że niezwykle cenię operowe prace reżyserskie Mariusza Trelińskiego. Widziałem jego wszystkie realizacje na warszawskiej scenie od premiery Madame Butterfly Giacomo Pucciniego w roku 1999. Od tamtego momentu minęło dwadzieścia siedem lat. I choć pojawiło się wiele kolejnych produkcji, tamtą uważam za niedościgniony wzorzec – symbolika, asceza, metafora były przełomem dla naszego krajowego myślenia o operze. Niektóre inscenizacje Trelińskiego cenię bardziej, o innych wolę zapomnieć. Jednak ostatnia premiera zauroczyła mnie, nawet na swój sposób oczarowała. Może to zasługa swoistej, ciemnej aury, która buduje niesamowitość i dramat ludzki, który został rozegrany od strony aktorskiej pierwszorzędnie. Dekoracja przygotowana przez Fabiena Lede przywołuje w pamięci świetną realizację Halki. Podobny kubik na obrotowej scenie, ale tym razem skonstruowany symetrycznie: dwóch łazienek i dwóch pomieszczeń mieszkalnych wyróżniających pola gry w dwóch pierwszych aktach opery. W trzecim przemienia się w swoiste sacrum – grobowiec ojca Cesarzowej – tytułowej kobiety bez cienia. Uwspółcześnienie, a tak naprawdę uniwersalizacja opowieści, to znak firmowy Trelińskiego. Kontekstem staje się macierzyństwo. Umiejętność dokonywania indywidualnych wyborów, przeciwstawianie się powinnościom najwyższych. To historia o poszukiwaniu szczęścia, a także istotnego aspektu: bycia wiernym sobie, własnym wartościom, prawdom, życiowym założeniom.
Ów dramat rozegrany w dwóch płaszczyznach: świata Cesarzowej i Cesarza oraz Mamki, a także farbiarza Baraka, jego żony i braci ukazuje odmienność światów, zachowań, reakcji, stylu życia. To także dwa odmienne pola oczekiwań, tego co w naszym życiu jest istotne. To także dojrzewanie do decyzji ostatecznych, które mogą być sprzeczne z tym czego od nas się oczekuje. Ta opowieść o próbie zdobycia cienia, będącego synonimem macierzyństwa, ukazuje interesujący aspekt relacji z drugim człowiekiem, ale przede wszystkim pozostania wiernym samemu sobie. Spektakl, oprócz warstwy ideowej, myślowej, koncepcyjnej, to wielkie zwycięstwo orkiestry pod kierunkiem Bassema Akiki. Niestety rozczarowały solistki: Annemarie Kremer (Cesarzowa), której głos zanikał, nie trzymał frazy, brzmiał nieczysto oraz również rozchwiane wykonanie w partii Mamki Lindsay Ammann. Na tym tle udanie zaprezentowała się Lise Lindstrom jako żona Baraka i jej mąż – Lauri Vasar. Świetne wokalne możliwości w partii Cesarza ukazał Tadeusz Szlenkier. To mądry spektakl, choć może wydać się trudny w odbiorze, ale wart jest skupienia i wytrwałości, gdyż mimo lekko abstrakcyjnej fabuły, dotyka bieżących spraw naszej teraźniejszości.
Ocena: 4.5/6
Na scenie
Internat, na podstawie powieści Serhija Żadana, reżyseria: Paweł Łysak, Teatr im. S. Jaracza w Łodzi, premiera: luty 2026
Niezwykle mocny, sugestywny spektakl, który trzyma za twarz od pierwszej do ostatniej sekundy jego trwania. Rozegrany niczym sen przesiąknięty obrazem wojny, bólu, cierpienia, ale i jej codzienności, która staje się rutyną wtopioną w egzystencję. Główny bohater, Pasza, realizując prośbę swojego ojca jedzie po siostrzeńca do internatu, aby go z niego odebrać. Owa eskapada wydaje się niekończącą podróżą naszpikowaną przerażeniem. Na myśl przychodzą sceny z Piekła Boskiej komedii Dantego. Rozszyfrować można również nawiązania do filmu Kanał Andrzeja Wajdy. To szczególny, klaustrofobiczny świat, z którego nie można się wydostać. Na każdym kroku czyha zło, niebezpieczeństwo, ale również brud wojny i jej makabryczny wymiar wykrzywiający twarz. Główny bohater, grany przez Sambora Czarnotę, to człowiek żyjący z dala od polityki, telewizyjnych wiadomości. Chcący wieść swoją spokojną egzystencję dla samego siebie. Owe wrzucenie w wir tego co wokół zmusza do odmiany, stania się nie tylko trybem, ale maszyną zdolną do działania i podejmowania szybkich decyzji. Wycofany, skupiony na sobie, bez jakiegokolwiek poruszenia ustami w grymasie uśmiechu staje przed wyzwaniem dotarcia do miejsca przeznaczenia. Owa walka o siostrzeńca, ale i o siebie, ukazuje jakiej należy dokonać przemiany aby żyć. Pragnie spokoju, wobec tego co wokół, jest absolutnie niemożliwe. Istota tekstu Żadana to brak konkretnego miejsca akcji. Historia może zdarzyć się wszędzie, w każdym momencie naszej egzystencji. To jak filmy Wojciecha Smarzowskiego, gdy ze spokoju, lukrowanej rzeczywistości wyłania się zło i przerażenie. Łysak buduje ową historię niezwykle sprawnie. Sceny płyną wartko, co jest zasługą całego zespołu aktorskiego, choć rola Sambora Czarnoty zasługuje na szczególne wyróżnienie. Wykorzystanie dodatkowych efektów: projekcji, dźwięku i dymu podnosi nastrój wojennej zawieruchy. Akcja umieszczona w jednolitym betonowym kubiku dodaje klimatu odosobnienia, zniszczenia i degradacji. A całość zaczyna się niewinnie, a kończy obrazami masakry niczym z bieżących dni z ekranów telewizyjnych, gdzie zawsze przegrywa człowiek.
Ocena: 5,5/6
Zaklinanie węży w gorące wieczory, Małgorzata Żarów, reżyseria: Jan Jeliński, Teatr Dramatyczny im. G. Holoubka w Warszawie, premiera: luty 2026
Przykład jak można zanudzić widza gdy zakłada się, że interesujący temat przyciągnie go do teatru. W 2011 roku miał premierę film Anny Jadowskiej Z miłości. Ukazywał młodą parę (Marta Nieradkiewicz i Wojciech Niemczyk), którzy decydują się wystąpić w filmie porno. Może nie było to arcydzieło, ale chociaż ów obraz posiadał nutę dramaturgicznego napięcia, dylematów, rozterek. W najnowszej premierze warszawskiego Teatru Dramatycznego pokuszono się również o tematykę branży porno. Mamy młodą dziewczynę, która zarabia dzięki seks kamerce i decyduje się wziąć udział w filmie pornograficznym. Tylko nie ma żadnego kontekstu dlaczego ona w ogóle jest w tej branży, tła, opowieści, klimatu. Nic. Pusta opowiastka na dodatek pozbawiona jakiegokolwiek osadzenia w stolicy – bo również zapowiadano, że poznamy sens miasta. Po obejrzeniu owego spektaklu zacząłem zastanawiać się, że jeżeli tak wygląda ten biznes jak go zaprezentowano, to z czego bierze się jego sukces? Gdyby tak było jak chcą twórcy to winien już dawno splajtować, a nie się rozwijać. Przeraźliwą nudą i banałem wieje ze sceny przez cały czas trwania przedstawienia. Na dodatek wygląda na to, że reżyser nie miał pomysłu jak zainscenizować niektóre sceny dlatego blisko czterdzieści procent spektaklu to materiały filmowe. Nie do końca rozumiem czemu to ma służyć? Materiał wyświetlany na ekranie może wspierać to co widzimy na scenie, ale nie może go zastępować i to aż w takim wymiarze. Jan Jeliński inscenizuje poszczególne sceny na zasadzie przeciwieństw: jemy pałeczkami choć to nie sushi, mamy brokuła choć mówimy o ogórku, jedziemy tramwajem choć opowieść tyczy autobusu. No rzeczywiście postęp inscenizacyjny niesamowity, tylko nie na tym polega teatr. Widz chce porządnej opowieści, sprawnej, nawet o najbardziej bolesnych kwestiach, a nie powierzchowność przyprawioną niefortunną pomysłowością realizatorów. To świetny przykład jak nie robić teatru o czym świadczy spory eksodus widowni w trakcie trwania przedstawienia.
Ocena: 1,5/6
Tęsknię za domem, tekst i reżyseria: Radosław B. Maciąg, Teatr Powszechny im. J. Kochanowskiego w Radomiu, premiera: październik 2024
Spektakl, który chciałem obejrzeć od dłuższego czasu i się nie zawiodłem. Tekst autorstwa Radosława B. Maciąga to dramat, którego potrzebuje polski teatr. Niebełkotliwy, nieoderwany od rzeczywistości i realiów naszej codzienności, ale współgrający z tym co nas otacza. Świetnie podpatrzone relacje rodzinne, specyfika więzi oraz koegzystencji. Autor ukazuje małe, prowincjonalne miasteczko i eksodus jednego z synów do Warszawy. Ów prosty gest całkowicie odrywa go od familijnej rzeczywistości. Na swój sposób staje się odmieńcem, który nie współgra z tym co dzieje się pod dawnym wspólnym dachem. Tu żyją matka z ojcem, babcia i brat z żoną. Tworzą niekoniecznie udany wielopokoleniowy przykład rodzinnych zależności. Powodem wizyty są urodziny ojca, żyjącego jakby obok głównego nurtu codzienności, pogrążającego się w alkoholowym nałogu. Nieudana próba samobójcza, depresja, poczucie wyobcowania ukazują niemoc wsparcia i pomocy człowiekowi, który nie jest wolny od wad i przywar. Ale czy remedium stanie się przywieziony prezent ze stolicy przez syna? Nie będę pisał co nim jest, ale ukazuje on jak daleko od siebie są światy stolicy i tego co od niej oddalone. To co w Warszawie staje się normą i standardem, to w dawnym wspólnym domu okazuje się dziwactwem nieprzystającym do realiów codzienności. Ów spektakl wyróżnia olbrzymi realizm, jasna konstrukcja i żywy dialog, który od śmiechu przechodzi w rozpacz. Reżyser świetnie współpracował z aktorami. Warto wyróżnić Izabelę Brejtkop jako Matkę i Iwonę Pieniążek w roli Babci. Pierwsza to kobieta z krwi i kości, pełna werwy, chęci życia. Natomiast druga ze wspomnianych charakteryzuje się świetnym podpatrzeniem zachowań osoby starszej z jej wszystkimi dolegliwościami i przywarami. Powstał świetny spektakl posiłkujący się wieloelementowym, niejednorodnym tekstem, w którym może przejrzeć się niejedna polska rodzina. Owe spotkanie teatralne daje do myślenia i nie pozostawia obojętnym.
Ocena: 5/6
Ford, Michael Rubenfeld, Marcin Wierzchowski, reżyseria: Marcin Wierzchowski, Teatr im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie, premiera: marzec 2025
Kolejna zaległość z zeszłego sezonu, która absolutnie nie zawiodła. Kawał porządnego teatru, którego bohaterem jest Aleksander Ford – ikona filmu polskiego dwudziestolecia międzywojennego i Polski Ludowej, który został zmuszony do wyjazdu z kraju po nagonce antysemickiej roku 1968. Jednak przewrotność owego spektaklu polega na dualnej opowieści, przenikających się życiorysów, które mimo różnicy lat przylegają do siebie, prowadzą szczególny dialog, są niczym powracające fale życia. To nie tylko Aleksander Ford, ale również Ari Fink, reżyser który przyjeżdża do Polski aby zrealizować opowieść filmową o artyście sprzed lat. Jego żydowskie pochodzenie, doszukiwanie się w każdym zdaniu antysemityzmu, już ukazuje obcość w zastanym świecie. Ale kluczem staje się relacja z kobietami. Zdrada żony z Matyldą to niczym świadectwo, pewna duchowa spuścizna Fordowskiego stylu życia. Bowiem autorzy widowiska odchodzą od ściśle linearnej opowieści pisanej karierą zawodową reżysera Krzyżaków na rzecz obyczajowej historii – zgłębiając się w prywatne życie bohatera. To niczym rzecz o wiecznym tułaczu Mosze Lifszycu, który przybrał imię Aleksandra Forda, uciekającym przed własną tożsamością, przeszłością. Poszukującym nowego, ale też ukazania zagubienia w sytuacjach ekstremalnych. Świadomość nieustannej drogi, zmian miejsca życia, ale i roli w polskiej kinematografii zostaje zestawiona z licznymi romansami. Kobiety to nie tylko obiekty erotycznej fascynacji, ale głównie niosące wsparcie, pomoc, opiekę, troskę. To także współautorki, a może przede wszystkim główne kreatorki, niektórych sukcesów filmowca. Fakty przemilczane wychodzą na światło dzienne, z monumentu kształtuje się obraz zagubionego człowieka, pełnego obaw, niepewności, zagrożenia. Konstrukcja trzyaktowej narracji ma swoje uzasadnienie. Pierwszy fragment to faktycznie wprowadzenie do historii – opowieść o Arim Finku. Kolejny – losy Forda wśród kobiet, które stają się kluczowymi dla jego codzienności i kariery zawodowej. Ostatnia partia to już przenikanie się owych narracji: swoisty upadek bohaterów. Tragizm w hotelu na Florydzie, gdzie Ford powiesił się na żyrandolu i porażka małżeństwa Finka. Ów zabieg podwójnej historii przybliża to co dawne do dnia dzisiejszego. Należy podkreślić niesłychany walor przedstawienia – właśnie ową dwupoziomową historię, która tworzy wciągający dramat o zagubieniu mężczyzny i przemilczanych w publicznym dyskursie kobietach będących ostoją i opieką, wsparciem dla towarzysza życia. To także dużo znaków zapytania, gdyż nie ma w owym przedstawieniu jasnych i klarownych tez. Wychodząc z teatru dużo myśli się o tytułowym bohaterze – kim on naprawdę był? To raczej opowieść o archetypie męskości, a nie konkretnym człowieku, gdyż każdy mógłby znaleźć się w owych sytuacjach życia. Zatem Ford jest w każdym z nas – gdy stajemy na ścieżce życia, a obok jest druga osoba, która może nas wesprzeć, przeprowadzić. Istotą staje się być uczciwym, a czasem nam tego brakuje. Należy pochwalić zespołowe aktorstwo, świadomość owej przygody w świecie filmu, a tak naprawdę ciekawego życia codzienności.
Ocena: 5/6
Europa, Wajdi Mouawad, reżyseria: Krzysztof Warlikowski, Nowy Teatr w Warszawie, premiera: luty 2026
Odkąd pamiętam, a niestety dużo pozostało w mojej pamięci, każdy spektakl Krzysztofa Warlikowskiego wywoływał środowiskową dyskusję, liczne komentarze i wydumane teorie. Ostatnia jego produkcja jest odmienna od tego do czego nas przyzwyczaił w ostatnich latach. Wydłużony, wielopoziomowy esej zastąpiła klarowna opowieść skondensowana w dwóch godzinach spektaklu. Reżyser buduje jasną wypowiedź niczym antyczny dramat, odwołując się do schematu zbrodni, kary i przebaczenia, a najpełniej sprawiedliwości. Rzecz znana z tragedii antycznej, świadczą o tym najlepiej losy Orestesa. W owej produkcji jest jeszcze coś znamiennego. To teatr mieszczański w najlepszym tego słowa znaczeniu. Scena przy Madalińskiego ma swoją konkretną publiczność. Mieszankę teatromanów z elitą stolicy, która chce zobaczyć spektakl z gwiazdami, z jasnym przesłaniem, o którym może trochę porozmawiać, a co najważniejsze zrozumieć przesłanie. I tak jest z Europą. Temat ciekawy, wciągający, w którym napięcie narasta jak w dobrym kryminale. Jedna z agentek Organizacji Narodów Zjednoczonych prowadzi śledztwo w sprawie zbrodni ludobójstwa sprzed lat. Kobieta, która była świadkiem owej masakry godzi się zeznawać o ile zostaną sprowadzone jej dzieci. To trzy kobiety, które nie znają swojej matki, żyjące w różnych kręgach świata z przekleństwem swojej rodzicielki. Bowiem okazuje się, że to ona stała się przyczyną masakry osiemnaściorga dzieci zagryzionych przez psy. Owa trauma, wspomnienie nie pozwala żyć, egzystować. Ofiarami stawały się kolejne urodzone dzieci, ale właśnie owe trzy kobiety zostały uratowane. Klątwa przeszłości ciąży nad ich życiem: jedna nie może urodzić potomka, kolejna ma fobię na punkcie psów, a ostatnia jest matką mordercy. Owe przekleństwo ciąży nad kolejnym pokoleniem, mimo że będąc jedną rodziną przez lata nie wiedziały o swoim istnieniu. Owa przewrotność dramatu jest niesłychanie wciągająca i jasnym jest, że nie ma idealnego rozwiązania, gdyż historii nie da się cofnąć, odwrócić. To co się wydarzyło jest faktem. A fatum przeszłości w nas tkwi i nie można wyrzec się plam oraz zbrodni dokonanych przez naszych przodków. Warlikowski konstruuje ową opowieść niesłychanie sprawnie, spójnie i logicznie. Wykorzystuje wszystkie ulubione akcesoria teatralne: kamery, muzykę, dźwięk. Ale przede wszystkim to brawurowe aktorstwo. Magdalena Cielecka jako agentka dyplomatyczna ONZ grająca blondynkę, nieustannie żującą gumę jest obrazem maskowania niepewności pod twarzą kobiecej świadomości. Trzy siostry, nie koniecznie jak z dramatu Czechowa, to indywidualności i osobowości własnego życia pisane kreską aktorskiej dojrzałości: Maja Ostaszewska, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Magdalena Popławska, a także jako Europa – Andrzej Chyra. I nie ma w tej roli komizmu, ale swoiste uniwersum niejednoznaczności kobiecego wyglądu i może męskiego wnętrza. To dobry teatr obyczajowy o ciekawym temacie, nienudny, ale wciągający. Co z tego, że niektórzy piszą, że zespół Nowego jest sobą zmęczony, ale dla mnie to dobre wyczerpanie – pełne udanej pracy, aktorstwa i sprawnej opowieści. Może już stałem się „warszawką”?
Ocena: 5/6
Spektakl miesiąca
Podróże Guliwera, Krzysztof Garbaczewski według Jonathana Swifta, reżyseria: Krzysztof Garbaczewski, Teatr Lalek Guliwer w Warszawie, premiera: luty 2026
Przyznam, że miałem spory dylemat komu przyznać owe wyróżnienie – spektaklu miesiąca. I wybór padł na scenę dla dzieci, aby było nieoczywiście i zaskakująco. To nie tylko sentyment pisany własnymi doświadczeniami kształtowania teatralnego gustu w Teatrze Guliwer czasów dyrekcji Moniki Snarskiej, ale uczciwa ocena ostatniej premiery. Nie jestem wielkim orędownikiem stylistyki Krzysztofa Garbaczewskiego, ale w tym przypadku wręcz mnie oczarował, zafascynował, wciągnął w świat ukochanej konwencji połączenia plastyki i nowych mediów. Można powiedzieć, że opowieść o podróżniku stała się wymarzonym tematem dla realizatora. Cała historia jest zwięzła i klarowna. Otóż wypływamy w rejs, każdy może być podróżnikiem, choć niektóre kostiumy przypominają ubrania uchodźców w kamizelkach ratunkowych. To równie ciekawy trop, bowiem odwiedzane krainy są równie obce dla odkrywców jak i dla tych uciekających z miejsc konfliktów zbrojnych. Za sprawą teatralnej magii odwiedzamy: krainę liliputów, olbrzymów, latającej wyspy, krainę nieśmiertelności oraz rozumu, która daje wolność. I wydaje się owa konstrukcja powierzchowna, ale pomysłowość na nią zaskakuje. To zasługa Aleksandry Wasilkowskiej autorki scenografii i lalek. I trzeba powiedzieć, że twórcy nie boją się wykorzystywać najróżniejszych rekwizytów do ukazania fantazji, głębi, różnorodności odwiedzanych miejsc. Mamy mikroskopijne lalki w świecie liliputów, świetne, olbrzymie stwory w krainie wielkich postaci, a także wielki glob zawieszony nad głowami widzów. Scena, która pozostanie w mojej pamięci to zawieszone na sznurze papierowe statki płynące do kolejnego lądu. Proste, ale pomysłowe. I owe przykłady można mnożyć, gdyż każda kraina charakteryzuje się odmiennością, która wciąga i inspiruje. Dodatkowym atutem są oczywiście nowe media, które w teatrze Garbaczewskiego odgrywają zasadniczą rolę. Zatem okulary VR, rzutniki i projekcje wzbogacają ów świat niesamowitości. Oprócz strony wizualnej niezwykle istotny jest tekst. I tu każdy dorosły doszuka się analogii do świata naszego kraju. Świadczy o tym historia o dwóch partiach i politykach z przeszczepionymi połówkami mózgu. To nie jedyny przykład, bo jest i wierszyk „kto Ty jesteś?”, który dość jasno wpisuje się w nasz lokalny klimat codzienności. Autorzy spektaklu mówią jasno – każdy z nas może być i chyba powinien Guliwerem, aby odkrywać świat, który nas wzbogaca i dowartościowuje. Potwierdza to ostatnia piosenka, będąca morałem opowieści teatralnej: nie ma oddzielnych wysp, jesteśmy bowiem jedną wspólnotą, organizmem, siecią. Każdy z nas dodaje coś do owego świata poprzez różnorodność i odmienność. I można to przenieść w płaszczyznę indywidualną – każda osoba jest wartościowa i stanowi część większej, wspólnej społeczności. To teatr, który niezwykle dobrze się ogląda, absolutnie nie nuży, a widz oczekuje odkrycia kolejnego miejsca z mapy podróżniczej. Na wielkie uznanie zasługuje nie tylko ujęcie tematu, ale jego zaprezentowanie, gdyż właśnie strona plastyczna urzeka, kształtuje wyobraźnię i ukazuje jak małe rzeczy mogą być piękne i zjawiskowe.
Ocena: 6/6
To był bogaty miesiąc teatralny: udany i spełniony. Do zobaczenia w marcowym podsumowaniu!
[Benjamin Paschalski]