Physical Address

304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

ŻYWIOŁ I ZABAWA – „DON QUIXOTE” BIRMINGHAM ROYAL BALLET

Nieśmiertelność. Tak można określić kanon światowego baletu, którego tytuły stale znajdują się w repertuarach poszczególnych scen na całym świecie. Ciekawym jest, że owe dawne, oryginalne produkcje nadal zachwycają kolejne pokolenia. Może jest to możliwe, że podlegają one kolejnym innowacjom, modyfikacjom, uzupełnieniom, przetworzeniom. Bowiem fantazja kolejnych generacji kreatorów tańca jest nieokiełznana, ale rdzeń widowiska pozostaje niezmienny – sięga tradycji pierwszych wykonań. W programach najlepszych zespołów pozostaje Giselle, oczywiście kompozycje Piotra Czajkowskiego: Dziadek do orzechów, Jezioro łabędzie i Śpiąca królewna. Do owego swoistego kanonu należy również Don Kichot z muzyką Ludwiga A. Minkusa, poddanego monarchii Austro-Węgierskiej, jednego z najpłodniejszych twórców utworów przeznaczonych dla sztuki tańca drugiej połowy dziewiętnastego wieku. Baletów skomponował ponad trzydzieści, ale sukcesy nie zawdzięczają one tylko melodyczności, świetnym motywom oddającym charakter postaci, nastrojowi poszczególnych scen, lecz postaci twórcy kroków – Mariusowi Petipie. Ów francuski artysta, którego życie twórcze i budowanie kariery zaprowadziło do carskiej Rosji, to chyba najważniejsza postać dla klasycznego tańca i jego stylu choreograficznego. Choć wychowany w duchu romantyzmu zbudował własny, oryginalny styl, który zachwyca do dnia dzisiejszego trudnościami technicznymi, pomysłowością, a także ową swoistą nieśmiertelnością. Ów uniwersalizm, który dotrwał do naszych czasów, jest pięknym ukłonem dla tradycji, ale także polem dla innowacji, która absolutnie nie niweczy tego co dawne, a jedynie wzbogaca i rozwija to co kiedyś powstało. Petipa, faktycznie ojciec wszystkich baletów kanonu tańca klasycznego, powstałych w czasach carskiej Rosji, jest do dnia dzisiejszego, niedoścignionym kreatorem, z którego dobrodziejstwa można czerpać – i to się czyni, ale nie należy zapominać, że to jemu należy się ów szczególny laur baletowego majstra wspaniałości sztuki tańca klasycznego. Widowiska stworzone przez wspomnianego charakteryzują się treściową różnorodnością, ale posiadają jedną niebagatelną cechę wspólną – są przeznaczone dla wielkich indywidualności, gdzie technika współgra z wyrazem emocjonalnym przesiąkniętym uczuciem, a także niebagatelnym poczuciem humoru. Tak jak ma to miejsce w Don Kichocie.

Wzorowany na powieści Miguela de Cervantesa, choć odarty z całego filozoficznego drugiego dna, jest swoistą ferią tanecznej eksplozji ruchu, żywiołowości i zjawiskowego tańca naszpikowanego technicznymi trudnościami. Z jednej strony mamy dwójkę bohaterów zakochanych w sobie – Kitri i Basilio, którym na przeszkodzie w szczęściu staje ojciec dziewczyny widząc w kandydacie do jej ręki bogatego, choć dziwacznego Gamache. Młodym towarzyszy matador Espada oraz tancerka uliczna Mercedes, będąca swoistym tłem dla miłości głównych bohaterów, ale samych niewolnych od bicia mocniej serca wobec siebie. Po drugie to postaci komediowe, charakterystyczne. Oprócz wspomnianego Gamache to oczywiście Don Kichot i jego giermek Sancho Pansa, którzy wyruszają w podróż za wyobrażeniem zjawy, też wybranki serca – Dulcynei. Trafiają oni w ów świat hiszpańskiego miasteczka pełnego radości, ale i intrygi, która będzie miała swój radosny finał. Trzecią grupę tworzą postaci fantastyczne – w śnie Don Kichota. Driady, Amor i Dulcynea to odzwierciedlenie klasycznej formy „białego obrazu” znanego choćby z Jeziora łabędziego, gdzie od solistek wymaga się najwyższej technicznej precyzji i wielkich umiejętności zespołowego tańca. Zatem konkluzja jest prosta. Aby było to przedstawienie pełne, zgrane, różnorodne, przepełnione dowcipem, żartem, ale i wzniosłością oraz miłością musi zostać wykonane z najwyższą precyzją i starannością. Nie jest zatem dedykowane dla małych zespołów (chyba że to jedynie inspiracja dziełem Minkusa i Petipy), ale dla dużych formacji baletowych specjalizujących się w technice klasycznej. Ów tytuł święcił wielkie triumfy w Warszawie. Tak było w momencie pierwszego pokazu w Polsce – w roku 1964, jeszcze na deskach dzisiejszego Teatru Muzycznego Roma, ale pod szyldem odbudowującego się Teatru Wielkiego. Układ przygotował Aleksiej Cziczinadze, a w parti Kitri zaprezentowała się Maria Krzyszkowska, a jej wybranka serca Basilio tańczył Henryk Giero. Spektakl cieszył się dużym powodzeniem, a wykonano go ponad sto razy. Nie inaczej jest, z pozostającym, od roku 2014 w repertuarze Polskiego Baletu Narodowego, układem Alesei’a Fadeyechev’a. To świetny spektakl, pełen żywiołu, spontaniczności i oczywiście sporej dawki humoru – cech wyróżniających ową klasyczną taneczną opowieść.

Jedną z ostatnich premier owego tytułu stała się realizacja Birmingham Royal Ballet w układzie jej obecnego szefa, świetnego kubańskiego tancerza, gwiazdy scen światowych – Carlosa Acosty. Święcił on wielkie triumfy w partii Basilia, stąd nie dziwi wprowadzenie owego tytułu do repertuaru, w autorskiej wersji, choć oczywiście wzorowanej na tradycji Petipy. Został on szefem brytyjskiej instytucji w styczniu 2020, w dość niefortunnym momencie początków pandemii COVID. Udało się przeprowadzić zespół przez ten trudny czas i to z wielkim sukcesem, który uznawany jest za jeden z najbardziej znaczących w jego historii. We wrześniu 2023 roku miała miejsce premiera Black Sabbath-The Ballet pod kierownictwem artystycznym głównego choreografa wieczoru Pontusa Lidberga. Owe trzyaktowe widowisko otworzyło zespół dla nowego widza, który tłumnie odwiedzał sale w całej Wielkiej Brytanii. Wykorzystanie tematyki i muzyki prekursorów heavy metalu, z Ozzy Osbournem na czele, było strzałem w dziesiątkę. Wywodzący się kwartet z Birmingham współgrał z koncepcją miejscowego zespołu baletowego wyjścia do szerszego odbiorcy, poszerzenia kręgów zainteresowania, stylistyki. Na swój sposób świeżości. Choć mnie osobiście ów eksperyment nie przypadł do gustu, było w nim coś obcego, nie współgrającego z możliwościami tanecznej grupy. Jednak owe doświadczenie przyczyniło się do poszerzenia horyzontów i zauważenia przez młodą generację widzów, że istnieje coś takiego jak sztuka baletowa. Kto wie czy owa próba zderzenia się ze współczesnością nie przyczyniła się do rozkwitu frekwencyjnego podczas przedstawień klasycznych.

Bowiem właśnie z owej stylistyki słynie brytyjska kompania. Powstała w roku 1931 z inicjatywy Ninette de Valois jako Vic-Wells Ballet występujący przemiennie w londyńskich scenach Sadler’s Wells oraz Old Vic Theatre. Po II Wojnie Światowej, krótkim epizodzie rezydencyjnym w Royal Opera House, kompania ponownie zagościła w Sadler’s Wells przybierając nazwę Sadler’s Wells Theatre Ballet. Stała się zespołem objazdowym, który odwiedzał zarówno najdalsze zakątki Świata jak i własnego kraju. Przełom nastąpił w 1977 gdy szefostwo zespołu objął świetny tancerz i choreograf Peter Wright. Wówczas zespół przybrał miano Sadler’s Wells Royal Ballet. Dziesięć lat później miasto Birmingham zaprosiło kompanię do zmiany siedziby. Nastąpiło to w roku 1990 gdy oficjalnie narodził się Birmingham Royal Ballet uznawany za drugi zespół baletowy Wielkiej Brytanii, funkcjonujący w objeździe, ale ze stałą rezydencją w owym mieście uznając tutejszy budynek teatralny Hippodrome jako utrwalone miejsce prezentacji. Zatem historia zobowiązuje, a historyczny repertuar wyznacza rangę owej kompanii. Owej tradycji stara się być wierny Carlos Acosta, ale poszukuje ścieżek do odświeżenia dzieł dawnych, sprawdzonych i uznanych. To sposób do uatrakcyjnienia repertuaru i również przybliżenia tańca klasycznego dla pokolenia, które żywo ma w pamięci doświadczenie spotkania ostrego muzycznego brzmienia z kruchością sztuki baletowej.

Do owego nurtu, choć premiera miała miejsce w roku 2022, należy beż wątpienia autorska, choć wzorowana na układzie Mariusa Petipy, wersja Acosty Don Quixote. Warto zadać pytanie na czym polega owa odmienność i innowacyjność, swoiste uwspółcześnienie? Pierwszym elementem jest muzyka. To oczywiście kompozycja Ludwiga Minkusa, ale zaaranżowana przez belgijskiego artystę Hansa Vercauterena. Dokonał on wyboru najbardziej adekwatnych numerów z bogatego zbioru twórcy muzyki, a także dokomponował kilka fragmentów w akcie drugim. Brzmią one sentymentalnie, urodziwie, na swój sposób nostalgicznie. Wprowadzono również na scenę dwóch gitarzystów, którzy jak przystało na prawdziwy tabor cygański przygrywają ckliwe frazy, z brzmieniem flamenco, z bogatego repertuaru wiecznych tułaczy. Zabieg prosty, ale również korzystny dla muzyki. Są to bowiem momenty wytchnienia, spowolnienia, uspokojenia emocji, które towarzyszą owej produkcji. Po drugie choreograf buduje własny, na swój sposób autonomiczny świat komedii, uśmiechu, który jest kluczem do owego wykonania. Ma to być rozrywka na najwyższym poziomie, pełna sytuacyjnych gagów i śmieszności. Acosta mówi wprost – widz ma opuścić teatr w świetnym nastroju, pełen pozytywnych wrażeń i doświadczeń perfekcyjnego wykonania. Po trzecie to oczywiście konstrukcja układu, który odznacza się wielką paletą trudności technicznych, ale także swoistą rywalizacją między tym co indywidualne (soliści), a tym co grupowe (zespół). Buduje się z owego zamysłu szczególna sztafeta tańca, która nie daje wytchnąć tancerzom, ale i widzom. Choć tenże balet nie odbiega od innych klasycznych form skonstruowanych na zasadzie numerów tanecznych poszczególnych wykonawców, to Acosta dąży do zwięzłości opowieści, a nie przetykanej jak szwajcarski ser, niekończącymi się oklaskami, formy pokazu baletowego. I dobrze mu to wychodzi. Klarowność i świetne tempo nadają rytm owej opowieści. I chyba ostatnie to strona plastyczna, której przepych i różnorodność autorstwa Tima Hatley’a urzeka i nadaje barw owej hiszpańskiej fieście. Urok kraju Iberii, jego żar słońca, swoista radość ulicznego życia odbija się w owej zwięzłej opowieści.

Carlos Acosta pozostał wierny zamysłowi Petipy. Nie dąży do żadnego filozofowania, poszukiwania drugiego dna. Jego ideą jest dostarczenie widzowi rozrywki na jak najwyższym poziomie. Od pierwszej sceny – w pracowni tytułowego bohatera, gdy w zjawie sennej ukazuje mu się wymarzona wybranka serca, niedościgniona Dulcynea. Po niej decyduje się on wyruszyć w podróż w nieznane. I już wiemy że będzie wesoło, ale może i rubasznie. Jego giermek szykuje konia do drogi – a jest to drewniana zabawka zbudowana z beczek po winie i mioteł. Prosty zabieg, a jego konsekwencją jest uśmiech na twarzy publiczności.

Po owym prologu następuje scena na placu hiszpańskiego miasteczka. Tu zbędną pantomimę zastępuje żywiołowy grupowy tanieć, w którym przemierzają kolejne grupy mieszkańców, w tym zjawiskowy Espada (Lachlan Monaghan) na tle swoich kompanów, a także w duecie z tancerką uliczną – Mercedes (Eilis Small). Poznajemy młodych zakochanych Kitri (Beatrice Parma) oraz Basilio (Enrique Bejarano Vidal). W owym duecie wygrywa włoska artystka. Jest zalotna, niezwykle sprawna technicznie, świetnie wykończająca swoje wariacje. Nie można tego powiedzieć o jej meksykańskim partnerze. Oczywiście pełen temperamentu i świetnie wykonuje poszczególne figury, ale brakuje w nich precyzji, jakości i niezwykle ważnego obycia scenicznego, a w jego tańcu wkrada się trudny do uzasadnienia chaos. Ucieczka pary przed złością ojca, który pragnie wydać córkę za innego powoduje pogoń, w której bierze udział również dopiero co przybyły Don Quixote ze swoim służącym.

Cześć druga to świat Cyganów. I tu pojawiają się wątpliwości oraz zastrzeżenia. To co miało urzekać – nudzi. Bowiem ów epizod nie ma w sobie żaru ognia, tli się jedynie małym ognikiem niczym blask dogaszanej zapałki. Szkoda. Owa sekwencja zazwyczaj zachwyca, tu wypadła mizernie i blado. Ponownie młodzi uciekają przed groźną miną ścigającego rodzica, a Don Quixote rozpoczyna walkę z wiatrakami, która przeradza się przegraną bitwę i sen o krainie driad. To najpiękniejszy, niezwykle urokliwy, świetnie wykonany fragment przedstawienia. Na tle żeńskiego zespołu zachwycają popisy solistyczne Amora (Riku Ito) oraz Dulcynei (Samara Downs). Doskonała technika klasyczna urzeka jak precyzja Willid z Giselle.

Dwie ostatnie sekwencje to początkowa brawura ekspresji w tawernie w wykonaniu Espady. Tu także dochodzi podstępem do błogosławieństwa przeznaczonych sobie serc. A finał to eksplozja tańca w miasteczku ze świetnym fandango oraz pas de deux naszpikowanym trudnościami technicznymi Kitri i Basilio. Takie spektakle, aż chce się oglądać, a dłonie rwą się do oklasków. Publiczność w Birmingham rzęsistymi brawami nagrodziła ów pokaz swoistej zabawy, świeżości i oderwania myśli od codzienności.

Muzyka z kanału orkiestrowego brzmiała żywo i adekwatnie do baletowego wykonania. Zasługa to kapelmistrzyni Charlotte Politi prowadzącej Royal Ballet Sinfonia. I można powiedzieć, że to wspaniały wieczór pełen wigoru, tanecznego szaleństwa i wielkiego baletowego spełnienia. Jednak wkradają się pewne znaki zapytania. Pierwszym jest nie do końca wygrana z tradycją. Mamy poczucie, że mimo wielkich chęci choreografa to spektakl „od numeru do numeru”. Nie wypada najlepiej scena cygańska, która chyba miała być „wisienką na torcie” choćby poprzez dodatkowe fragmenty muzyczne. Jest dziwnie spowolniona, nieprecyzyjna i mało charyzmatyczna. I na koniec Basilio. Nie wierzę w Enrique Bejarano Vidal, który ma świetne przygotowanie techniczne, ale nie panuje nad rolą, jest jakby nieświadomy kim jest i kogo odtwarza. Trochę jak bohater grający postać, ale nie w swoim ciele.

Mimo owych uwag to wieczór piękna i radości. Rozrywka – to chyba główne słowo, które przyświecało Carlosowi Acoscie podczas przygotowywania przedstawienia. Myślę, że również mieli wielką radość, z owej pracy, członkowie zespołu. Hiszpański nastrój, koloryt południa, uśmiech i zabawa to najważniejsze wyznaczniki spotkania tradycji z komunikatywnym językiem ruchu współczesności. Prosty zabieg, a jakże urzekający i ukazujący piękno tanecznej tradycji w dniu dzisiejszym.

Don Quixote, Ludwig A. Minkus, choreografia: Carlos Acosta, Birmingham Royal Ballet, pokazy w Birmingham, luty 2026

[Benjamin Paschalski]