Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Benjamin Paschalski w Tańcu
Benjamin Paschalski w Tańcu

Czas powrócić do teatru – jego obserwacji, komentarzy, recenzji i polemik. Taniec i balet pozostanie oczywiście głównym polem mojej aktywności, ale warto ukazać to co atrakcyjne i nieoczywiste oraz marne i nikłe na naszych scenach. Będą także opinie, uwagi oraz nieoczywiste spostrzeżenia i fakty z bieżącego, krajowego – i nie tylko – życia Melpomeny.
W każdym miesiącu zapraszam na podróż po obejrzanych przedstawieniach, podsumowania minionych dni oraz oceny artystycznych dokonań. Nie będzie rozwlekłych analiz, ale zwięzłe refleksje z klarownymi konkluzjami dla tych wszystkich co poszukują udanego wieczoru teatralnego.
Temat miesiąca – Spektakle z Ukrainy
Chyba niewielu bywalców instytucji teatralnych ma świadomość, że tylko w tym sezonie, w Warszawie gościliśmy dwukrotnie, a w marcu 2026 zawita po raz trzeci, Teatr im. Iwana Franki z Kijowa (Narodowy Akademicki Teatr Dramatyczny im. Iwana Franki w Kijowie). Występował on również w innych miastach w Polsce, które każdorazowo stają się częścią europejskiego tournée. Owe pokazy należy odróżnić od prezentacji festiwalowych, które miały miejsce podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego „Kontakt” w Toruniu. Wówczas artyści występowali na zaproszenie organizatora polskiego – Teatru im. w. Horzycy. Obecne prezentacje mają odmienny charakter i cel.
Pierwszy objazd miał miejsce w listopadzie 2025 roku, gdy w dwóch miastach: Warszawie i Gdańsku prezentowano Macbetha. Organizatorem pokazów była First Concert Agency (FCA) – pierwsza ukraińska agencja, która specjalizuje się w ukazywaniu kultury ukraińskiej zagranicą, a także w krajowym objeździe. Kolejne, niezwykle udane pokazy miały miejsce w styczniu 2026 roku. Na deskach warszawskiego Teatru Polskiego im. A. Szyfmana zaprezentowano Wiedźmę z Konotopy. Ten tytuł mogli zobaczyć również widzowie Łodzi w Teatrze Wielkim, a także w Monachium, Zurichu, Wiedniu, Londynie, Dublinie, Madrycie czy Barcelonie. Niesamowita trasa, która może wprawić w ból głowy zazdrości niejednego szefa placówki artystycznej. Idąc za owym pomysłem planowane są kolejne prezentacje. Tym razem inspiratorem ich jest Teatr.org.ua – działająca w Łucku agencja artystyczna, która organizuje występy z szeroko pojętej sztuki zarówno na terenie Ukrainy jak i w innych państwach. Na przełomie marca i kwietnia 2026 roku w Wiedniu, Paryżu, Warszawie, Wrocławiu i Berlinie będzie można zobaczyć Caligulę. Ten sam tytuł, który zaproszono na wspomniany festiwal „Kontakt”. Zatem zada ktoś pytanie o co w tym wszystkim chodzi i jaki jest cel owej aktywności?
Warto wskazać, że z punktu widzenia artystycznego to jedne z najciekawszych przedstawień obecnie znajdujących się w repertuarach teatrów naszego wschodniego sąsiada. Owych wszystkich wskazanych tytułów reżyserem jest Ivan Uryvskyi jeden z najważniejszych reżyserów Ukrainy. Urodzony w Krzywym Rogu w roku 1990, główny reżyser Teatru im. Franki, zasłużony artysta Ukrainy. Przebojem podbija krajową scenę dzięki oryginalnemu, unikatowemu stylowi narracji, w którym istotną rolę odgrywa strona plastyczna i dźwiękowa. Owe spektakle mają w sobie niepowtarzalny klimat, demoniczną siłę przyciągania. Swoista mieszanka zła i mistycyzmu. Za Widźmy z Konotopy twórca otrzymał prestiżową Narodową Nagrodę Ukrainy im. Tarasa Szewczenki. Jak sam mówi w jego pracy najważniejsze jest „zrozumienie dlaczego w danej chwili zajmuję się danym tematem. Wewnętrzna potrzeba dająca impuls, która pomaga mi następnie poszukiwać języka teatralnego. Z tego języka tworzą się rozwiązania wizualne – praca nad przestrzenią oraz aktorami” – dodaje twórca. Od tej reguły są oczywiście wyjątki, gdy najpierw w wyobraźni tworzy się obraz czy konkretna scena, a z nich definiuje się spektakl. Zaledwie trzydziestopięciolatek Uryvskyi zauważa, że wciąż siebie poszukuje jako reżyser, a każda kolejna premiera to próba odkrycia czegoś ważnego i zrozumienia, że podąża się we właściwym kierunku. Kluczem dla budowy widowiska teatralnego stała się praca z aktorami, gdy rozwija się wspólny język i zaufanie. Niezmierny wpływ na język wypowiedzi ma ukraiński i globalny kontekst kulturowy, a także tekst. Większość dotychczasowych prac reżysera to klasyka, choć obecnie zaczyna zgłębiać tajniki dramatu współczesnego. Warto zauważyć, że twórczość inscenizacyjna artysty zagościła na deskach operowych. W Operze Narodowej Ukrainy w Kijowie przygotował Opowieści Hoffmanna Jacquesa Offenbacha, a obecnie pracuje we Lwowie nad wersją dramaturgiczną Ludmiły Tymoszenko klasycznej sztuki miłosnego trójkąta autorstwa Iwana Fraki Skradzione szczęście. Premiera w marcu 2026. Zatem twórczość Uryvskyi’ego to najgodniejsza prezentacja sztuki ukraińskiej, stąd obecność w Toruniu, a także owe artystyczne podróże. Nie są one następstwem zaproszeń lokalnych podmiotów, ale wpisują się w komercyjny objazd, w którym równoważy się strona artystyczna z komercyjnym zyskiem.
Należy zwrócić uwagę, co jest niezmiernie ważne, że przedstawienia w objeździe odbywają się w prestiżowych miejscach. Warszawskie teatry Polski i Dramatyczny (tu będzie wystawiony Caligula) to obok Teatru Narodowego najbardziej reprezentacyjne sceny stolicy. Ów luksus pokazu kosztuje. Skoro jest to wydarzenie prywatne należy zapłacić za wynajem. Miejscowe sceny podchodzą do owych przedsięwzięć jak do wydarzeń zewnętrznych, nie są ich współorganizatorem. Koszt całego wydarzenia nie posiada dodatkowego wsparcia zarówno strony ukraińskiej czy też polskiej. Dlatego ceny biletów, relatywnie do krajowych pokazów, są niesłychanie drogie. Na najbliższy termin marcowy w instytucji zlokalizowanej w Pałacu Kultury i Nauki najtańsza wejściówka kosztuje 322,92 zł, natomiast najdroższe miejsce 646,92 zł. Nie inaczej kształtowały się ceny w stołecznym Teatrze Polskim. Lokalizacja drugiego balkonu oscylowała w granicach 250 zł. Mimo owych wygórowanych cen widownie są wypełnione. Zatem należy zadać pytanie, kto jest publicznością owych przedstawień?
Reklama owych spektakli dociera do mnie jedynie kanałami mediów społecznościowych. Owe pokazy nie są wyszczególnione w repertuarach poszczególnych scen. Większość treści opisujących wydarzenia jest w języku ukraińskim, a także angielskim. Za całość pokazów odpowiada strona ukraińska. Występy gościnne kijowskiej sceny traktowane są analogicznie jak trasa koncertowa największej gwiazdy pop. To swoisty nowy model w teatrze, gdzie wydawało się, że sztuka wysoka nie będzie owym swoistym produktem. W naszym kraju mamy w objeździe niezliczoną ilość bulwarowych, lekkich, komediowych przedstawień, ale nikt nie wpadł na pomysł pokazów tego typu jak realizacje Uryvskyi’ego. To fenomen, który mnie fascynuje. Od dłuższego czasu zastanawia i intryguje. Moje źródła ukazują, że osiemdziesiąt procent widowni to społeczność ukraińska zamieszkująca w naszym kraju. Należy zakładać, że analogicznie jest w innych lokalizacjach. Spektakle nie są tłumaczone na język polski. Wykonywane w ukraińskim posiadają napisy, ale bardzo oszczędne w języku angielskim. Podczas pokazów Wiedźmy z Konotopy w Warszawie sala była wypełniona po brzegi, choć dało się zauważyć osoby, które regularnie uczestniczą w wydarzeniach wspólnoty ukraińskiej w Polsce. To między innymi widzowie, których można również spotkać w stołecznej Cerkwi, Ukraińskim Domu, a także przedstawiciele ambasady. Zatem ukazuje to wielki głód sztuki rodzimego kraju. To także świetne wyczucie koniunktury przez menadżerów kultury, którzy odkryli ów fenomen prezentacji sztuki na wysokim poziomie. Co ciekawe nie są to nostalgiczne wieczory uszyte sentymentem dawnego czasu, ale wysokiej jakości produkt teatralny. To z czego Ukraina jest dumna i stanowi jej dzisiejszy znak rozpoznawczy teatralnej sceny. Współczesna kultura nadająca jej ton i ukazująca oryginalność owego języka wypowiedzi. Reżyser spektakli zauważa, że każdy pokaz zagranicą, szczególnie w Polsce: „to ważne doświadczenie spotkania z inną publicznością. Istotny dialog pomiędzy spektaklem a widzem, a także pomiędzy dwoma krajami. Owe spotkania są istotne dla mojego rozwoju, a także całego teatru. To niesłychane doświadczenie osobiste i artystyczne wyzwanie”.
Ivan Uryvskyi zauważa, że najważniejszym dla niego jest „zaangażowanie i uwaga publiczności”. Swoisty dialog pomiędzy tym co na scenie a na widowni. „Ten dialog nie zawsze musi być komfortowy, ważne aby istniał. Drugi element to szczerość wypowiedzi, która buduje zaufanie i właśnie ów dialog z widzami”. Bliskość dla społeczności ukraińskiej Czarownicy z Konotopy, w ocenie twórcy, wynika z „autentyczności, ukraińskich pieśni i kontekstu lokalnego, który lepiej trafia do mieszkańców wywodzących się z tej ziemi”.
Możemy powiedzieć, że owe ukraińskie pokazy teatralne to na pewno świetny biznes, który odkrywa nowe horyzonty aktywności teatralnej. To także forma konsolidacji narodowej wokół sztuki, która nie jest przesiąknięta dziedzictwem czy też współczesną trywialnością, ale właśnie oryginalną, nową myślą artystyczną. I to co kluczowe – jasny adresat, klient, który jest chętny i otwarty na kontakt z artystycznym produktem na najwyższym poziomie. Aż chce się wierzyć, że teatr artystyczny może być komercyjnym produktem. I o to należy walczyć i myśleć w naszej rzeczywistości krajowej. Uryvskyi mówi: „Przyciąganie zagranicznej publiczności, poza kontekstem festiwalowym – podczas regularnych tournée – to wyzwanie, ale obecnie nad tym pracujemy. Wymaga to czasu i konsekwentnego wysiłku, a także zależy od konkretnego spektaklu i jego kontekstu”.
Na ekranie
Dyrektor Teatru Telewizji Michał Kotański nieustannie reklamuje owe przedsięwzięcie jako „największą scenę świata”. Szczyci się licznymi premierami, choć część to przeniesienia z teatrów instytucjonalnych i ciężko retransmisje na szklany ekran nazwać nowym przedstawieniem, wszak to tylko rejestracja. W styczniu 2026 roku oryginalnie zaprezentowano dwa nowe spektakle. Mają one wspólny mianownik. Oba traktują o relacjach między matką a synem, a także je łączy coś jeszcze: przeraźliwa nuda.
Królowa miłości, Sandra Szwarc, reżyseria: Monika Czajkowska
Debiut reżyserski Moniki Czajkowskiej na szklanym ekranie ukazał, że nie dla każdego jest owe medium. Trzeba mieć pomysł aby zrealizować spektakl, a nie polegać na kunszcie aktorskim, obsadzonej w roli matki Annie Dymnej. Mankamentem jest również tekst Sandry Szwarc, który nie do końca ukazuje to co można było przeczytać w opisie przedstawienia. Długo trzeba się zastanawiać z czego wynika swoisty obłęd, szaleństwo dojrzałej kobiety. Mignie gazeta i wnikliwe oko zauważy, że to syn-morderca, prześladujący w myślach kobietę, która staje się widoczną dla widza obsesją i fatum rodzicielki. Zatem ów swoisty monolog przetykany interakcjami z sąsiadką (Aleksandra Konieczna) i opiekunką (Dominika Bednarczyk) jest szałem nastrojów, samozagłady i wiecznego oczekiwania na powrót, tylko widz nie wie kogo. W owym przedstawieniu wygrywają aktorki, ale to mało, gdyż same nie wiedzą do końca w czym biorą udział, gdyż trochę to jak gra w szachy, gdzie wynik nie jest wiadomy. Porażką jest tekst, zamysł inscenizacyjny, ograniczający się do podążania za literą słowa i nadzieja na kunszt sztuki aktorskiej. Trochę to mało. Jak prawie nic.
2/6
Dzień listopadowy, Jarosław Iwaszkiewicz, reżyseria: Jan Kidawa-Błoński
To już drugi tekst Jarosława Iwaszkiewicza w Teatrze Telewizji w tym sezonie. I kolejna porażka po bełkotliwym popisie reżyserskim Weroniki Szczawińskiej w Matce Joannie od Aniołów. Tym razem nie było lepiej. Rozwleczona do granic możliwości rejestracja opowiadania z 1959 roku, którego dawna filmowa wersja trwała trzydzieści minut, nie mówi o niczym, kompletnie niczym. Pejzaże jesiennej aury nad jeziorem dodatkowo utrudniają odbiór, gdyż gubią narrację i dialogi bohaterów. Wizyta matki (Ewa Wiśniewska) u pięćdziesięcioletniego syna (Olaf Lubaszenko) prowadzącego gospodarstwo agroturystyczne przy wsparciu pary Hanki (Julia Kijowska) i Kazika (Bartosz Gelner), miała być próbą wiwisekcji relacji rodzinnej. Jednak strzępy rozmowy wyglądają jak swoiste gorzkie żale bohatera, które nie posiadają jasnych odpowiedzi. To jak nijakie spotkanie w zimny dzień. Dodatkowo bardziej interesującym jest relacja Kazika i Hanki, flirt matki i Kazika, a także dwuznaczny życiowy dramat Hanki z jej pracodawcą. Otrzymaliśmy pewną próbkę jakiejś opowieści, która wygląda jak zbudowana bez składu i ładu w ładnym pejzażu natury.
2,5/6
Na scenie
Niewyczerpany żart, David Foster Wallace, adaptacja i reżyseria: Kamil Białaszek, Teatr Narodowy w Warszawie, premiera: grudzień 2025
„Kochać – jak to łatwo powiedzieć” – śpiewał Piotr Szczepanik. I trochę to motto ostatniej premiery w Teatrze Narodowym. Tyczy to miłości reżysera Kamila Białaszka do powieści Davida Fostera Wallace’a. Tylko nie każdą miłość od razu trzeba pokazywać na scenie, gdy nie ma się na nią pomysłu, a tym bardziej koncepcji. Brak nożyczek w rękach adaptatora powoduje, że otrzymujemy wielowątkowy bełkot, który nudzi, a co gorsza zniesmacza po kilkunastu minutach przedstawienia, a trwa ono lekko ponad cztery godziny! I snuje się ta opowieść pełna abstrakcji jak wspólne czytanie powieści rozbita na różne wątki: rodzinne, w szpitalu dla nałogowców, szkole. Poznajemy głównego bohatera Hala Incandenzę (Hugo Tarres) i jego relacje z braćmi, matką, kolegami. Abstrakcyjna tenisowa gra słów, lejących się, wylewających, przygnębiających. Na przeciwległym biegunie antybohater Don Gately (Robert Czerwiński), opiekun odrzuconych nałogowców, który nie daje szansy aby zrozumieć o co tak naprawdę chodzi w jego aktywności i swoistej walce. Spektakl zabija brak pomysłu, a postawienie na słowo i plastykę kostiumów Sławka Błaszewskiego i dekoracji w kształcie rozwartej szczęki Julii Zawadzkiej oraz dwie ruchowe sekwencje w fajnym układzie Bartosza Dopytalskiego, to niezwykle mało jakby nie powiedzieć, że nic. Największe morderstwo to niekończące się powiastki agentów wywiadu, które stają się bełkotem, które w żaden sposób nie konstruują narracji. Na pochwałę zasługuje Hugo Tarres, ale to że jest nadzieją aktorstwa wiemy już po tytułowej roli w Hamlecie w reżyserii Jana Englerta. Czy Teatr Narodowy stanie się wprawkami dla debiutantów? Nie wróży to dobrze na przyszłość.
1/6
Dziedzictwo, Icchok Baszewis Singer, reżyseria: Robert Talarczyk, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie, premiera: styczeń 2026
Bardzo obawiałem się owej premiery. Materiały promocyjne mówiły, że to swoiste, nowe Z biegiem lat, z biegiem dni Andrzeja Wajdy, wielopokoleniowa saga rozegrana w krakowskim klimacie przez zespół Starego Teatru, która trwała ponoć ponad osiem godzin. Znam tylko rejestrację filmową, która mnie urzeka i zachwyca, ale dzisiaj w wersji scenicznej trudno sobie wyobrazić ową opowieść. Owe niepokoje okazały się nieuzasadnione. Otrzymaliśmy bowiem świetnie skonstruowaną adaptację wzorowaną na kanwie dwóch powieści Singera: Dwór i Spuścizna, a także scenariuszu filmowym niezrealizowanego serialu autorstwa Krzysztofa T. Toeplitza. Skondensowana opowieść o rodzie Kalmana Jakobiego została zamknięta w klarownej dwugodzinnej narracji. Sceny przemierzają niezwykle sprawnie, a losy żydowskiej rodziny stają się pełnokrwistym dramatem. Główny bohater to świetny gospodarz, który w dzierżawę otrzymuje dwór w Jampolu budując perfekcyjnie prosperujące przedsiębiorstwo, zestawiając je z upadającym polskim szlachectwem. To trochę postać jak Tewje ze Skrzypka na dachu, z drobną różnicą, że on był biednym mleczarzem. Obaj posiadają córki, które należy godnie wydać za maż, a one buntują się nakazom wiary i tradycji. Jednak najważniejszym w owym przedstawieniu jest rytm, który buduje świetną, sprawną historię. Owa rozbudowana opowieść skupiająca się na dziejach indywidualnych członków rodziny, rzucona na obraz przemierzających lat jest pełna pasji, sentymentalizmu, ale i różnorodnych postaci. Scenografią jest obraz niczym jerozolimskiej ściany płaczu, która jak mur i kamień wchłania pamięć o tym czego już my współcześni nie doświadczymy. Cały zespół sprostał zadaniom wcielając się w kilka postaci, ale jak zawsze urzeka Jerzy Walczak swoją introwertycznością i specyficznym spokojem prowadzenia roli – wyważenia tego co wewnętrzne i zewnętrzne. Dobry teatr epickiej historii.
4,5/6
Płomienie, Stanisław Brzozowski, reżyseria: Janusz Opryński, Teatr Polski im. A. Szyfmana w Warszawie, premiera: styczeń 2026
Powiesć-mit w interpretacji teatralnej postaci, żywej legendy teatru studenckiego i alternatywnego: Janusza Opryńskiego. Inscenizator czyta utwór Brzozowskiego przez pryzmat III części Dziadów Adama Mickiewicza, widząc w Michale Kaniowskim (Modest Ruciński) Konrada – buntownika, człowieka wadzącego się ze światem, samym sobą i Bogiem. Ważnym elementem przedstawienia jest scenografia Justyny Łagowskiej. Akcja zepchnięta do proscenium z wyznaczonymi polami akcji: „rodzina”, „ulica”, „więzienie” jest niezwykle blisko widzów, którzy śledzą losy owego poszukującego życia, idei, wartości młodzieńca. Dodatkowym elementem są drzwi niczym do stodoły, której można doszukiwać się analogii do jedwabieńskiej tragedii, a za nimi celi – miejsca odosobnienia niczym świata znanego z pierwszych scen utworu naszego wieszcza. Owe wrota są przedsionkiem do przestrzeni wolności, ale może unicestwienia, piekła dedykowanego odmieńcom, straceńcom, odrzuconym i niepogodzonym ze światem. Kaniowski w swojej podróży przez życie wadzi się z tym co zastane, obecne. Dużo w owej opowieści i poszukiwaniu mamy analogii do dnia dzisiejszego. Aluzje są oczywiste: bunt młodych wobec autorytarnej jednostki, walka o prawa kobiet, antyklerykalizm czy też wątek pedofilii w kościele. Młody bohater jest niedopasowany, pełen wewnętrznego rozdarcia, a wybawieniem staje się śmierć. Samospalenie jako hołd dla gestów, krzyków o wolność: Ryszarda Siwca, Jana Palacha i Piotra Szczęsnego. Ale pytaniem pozostanie wolności od czego, od kogo? To mocna i klarowna wypowiedź polityczna, swoisty spektakl z tezą. Poprawne aktorstwo, które buduje klimat owej historii. Spójność opowieści to niczym manifest ody do wolności widziana dawnym tekstem, ale aktualna w dniu dzisiejszym.
4/6
Spektakl miesiąca
Między nogami Leny, czyli «Zaśnięcie Najświętszej Marii Panny» według Caravaggia, reżyseria: Agata Duda-Gracz, Teatr Śląski im. S. Wyspiańskiego w Katowicach, premiera: styczeń 2026
Najbardziej wartościowymi w teatrze są oryginalne, indywidualne wypowiedzi artystyczne. Reżyserzy, którzy posiadają własny styl mają w moim sercu szczególne miejsce. Do nich należy bez wątpienia Agata Duda-Gracz. Uwielbiam jej malarskie widzenie świata, które przekłada na scenę. Ostatnie jej dwa spektakle to czerpanie z tradycji wielkich malarzy Hansa Memlinga oraz Michelangelo Merisi da Caravaggio, a raczej ducha świata, który otaczał owych mistrzów. Premiera w Katowicach to swoista podróż do dawnego świata Rzymu przełomu szesnastego i siedemnastego wieku. To obraz wytarty z piękna, które dziś możemy odkrywać przechadzając się ulicami włoskiej stolicy. Pełen jest on brudu, przyziemności, zła, które wkrada się każdą możliwą szczeliną otaczającego świata. Caravaggio (Krzysztof Wrona) otoczony jest swoimi wytworami wnętrza – Muzami niczym trójcą świętą, która daje mu natchnienie i wielki talent. Żyje w związku z prostytutką Leną, która jest jego natchnieniem i przekleństwem, ale dzięki temu tworzy swoje zjawiskowe obrazy przesiąknięte duchowością choć wyrastające ze świata, który go otacza. Inscenizatorka niezwykle pomysłowo i oryginalnie zestawia świat patologii codzienności z wizyjnością malarskiego pędzla. Właśnie owa rzeczywistość tworzy w głowie artysty święte obrazy, choć pełne cierpienia i bólu. Oryginalność polega na tym, że Duda-Gracz ze scen, które wydają się rodzajową sekwencją wyczarowuje malarską impresję. Zatrzymanie akcji przy dźwiękach doniosłej muzyki kształtuje kilkanaście prac włoskiego mistrza.
Reżyserka niezwykle udanie buduje sceny zespołowe, przesiąknięte pijaństwem i gwałtem. Choć może wydają się one rozwleczone, zbyt długie, to obrazują ową codzienność Rzymu. Tu stykała się kościelna obłuda, która również odnajduje miejsce na scenie jako głównego, ówczesnego mecenasa sztuki, a także pospolitość ulicy z jej wszystkimi przywarami i nieznośną patologią. Owe światy rodzą piękno, które rodzi się z owej powierzchowności świecko-kościelnej. Sfera sacrum jest towarem, produktem, który należy wytworzyć aby żyć i zaspokoić najwyższego. Dialog Leny i Caravaggia jest znamienny. Traktuje o podobieństwie prostytutki i artysty – oboje się sprzedają. Owa gorzka lekcja ma niebagatelny walor, gdyż ukazuje, że tych co wynosimy na ołtarze sztuki są takimi samymi ludźmi jak każdy z nas pełni pokus i czerpania z codzienności.
To spektakl bezkompromisowy, odważny i ważny. Dużo w nim analogii do jesiennej realizacji artystki w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. To jakby poszerzenie tropów ukazujących świat malarstwa sakralnego i otaczającej rzeczywistości jako gąszcz zależności, codzienności i fascynacji ciałem, alkoholem, życiem. Wniosek nasuwa się jeden wielkość buduje to co wokół, a świętych można zobaczyć tylko utrwalonych na obrazie. Lubię ten teatr, gdzie ocieka pot i krew, obierki ziemniaków są polnymi kwiatami w procesji, a eleganckie słowo zajmuje rynsztokowa fraza. Bo to jest nasze życie.
5/6
I to już wszystko w pierwszym numerze „Miesięcznej Kroniki Teatralnej”. Zapraszam za miesiąc!
[Benjamin Paschalski]