Physical Address

304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

BAROKOWA BAJKA – „ŚPIĄCA KRÓLEWNA” ENGLISH NATIONAL BALLET

Brytyjska scena tańca to ewenement w skali europejskiej. Wyróżnia ją spora liczba lokalnych zespołów baletowych, które są autonomicznymi formacjami, nie związanymi instytucjonalnie ze scenami operowymi. Wyjątek stanowi Royal Ballet funkcjonujący w jednym gmachu z widowiskami sztuki wokalnej, zlokalizowanym w Covent Garden w najważniejszej scenie kraju, która przybrała nie tak dawno miano, ukazując wielki szacunek dla sztuki tańca, jej znaczenia, rozwoju i akceptacji publiczności: Royal Ballet and Opera. To świadome działanie, poprzedzone badaniem brytyjskiej publiczności, ukazuje niesamowity rozwój tejże sztuki i jej znaczenie dla odwiedzających. W przestrzeni całego kraju istnieje niezliczona liczba formacji tanecznych, które funkcjonują na zasadzie niezależnych podmiotów, głównie ze wsparciem finansowym w ramach systemu grantowego realizowanego przez Rady Sztuki istniejące w poszczególnych częściach składowych Wielkiej Brytanii. Żadna z tych formacji nie posiada stałej sceny, mają stałe miejsca dla prób, instytucji, ale funkcjonują głównie w objeździe. Najważniejszą przestrzenią prezentacji osiągnięć jest londyński Sadler’s Wells, który dysponuje czterema stałymi scenami, a jego program to świetna okazja spotkania z lokalnymi i międzynarodowymi gwiazdami tańca. To kolejny przykład rozwoju i szerokiego zainteresowania tą dziedziną życia sztuki. Do najważniejszych zespołów baletowych należą: Northern Ballet, Scottish Ballet, Ballet Cymru, Birmingham Royal Ballet oraz English National Ballet.

I właśnie ten ostatni zajmuje szczególnie ważne miejsce na mapie baletowej świata. Powodów jest kilka. Pierwszym jest bogata tradycja, której początki sięgają roku 1950. Siedemdziesiąt pięć lat temu z inicjatywy Alicii Makarovej i Antona Dolina powstał Festival Ballet, przekształcony w London Festival Ballet utrzymujący tenże nazwę do roku 1989, gdy stał się English National Ballet. Drugi to niezwykli szefowie artystyczni. W ostatnich trzydziestu pięciu latach ster rządów dzierżyli: Ivan Nagy, Derek Deane, Matz Skoog, Wayne Eagling i szczególna epoka Tamary Rojo w latach 2012-2023, która utrwaliła potęgę zespołu i wprowadziła go w nową, współczesną erę tańca. Dziś kompanię prowadzi Aaron S. Watkin, pochodzący z Kanady tancerz i choreograf, który przez siedemnaście lat stał na czele, z wielkimi sukcesami, zespół baletowy Semperoper w Dreźnie. Ostatnie dwa lata English National Ballet trudno określić jako spektakularne osiągnięcia, to raczej powrót do dawnych przedstawień, które święciły triumfy popularności wśród publiczności. Trzecim wyróżnikiem pozostaje repertuar, a jego klasę ukazuje dyrekcja Rojo. To pierwsze wykonanie Giselle w adaptacji i rekonstrukcji muzycznej Vicenzo Lamagna i choreografii Akrama Khana. Spektakl, który odnosił wielkie sukcesy na całym świecie, stając się niemal flagowym towarem eksportowym londyńskiej formacji. W 2018 roku William Forsythe stworzył dla English National Ballet ikoniczne, kipiące ferią tanecznej innowacyjności Playlist, które będzie można zobaczyć podczas najbliższej edycji Łódzkich Spotkań Baletowych. To także inne premiery, szacunek dla dzieł dawnych, projekty dedykowane choregrafkom, liczne edukacyjne przedsięwzięcia, rozwój młodych tancerzy, a także przeprowadzka do Mulryan Centre for Dance zlokalizowanego we wschodnim Londynie, będącym nowym domem sztuki, prób, przygotowań i projektowania życia zespołu. Trudno będzie przebić owe osiągnięcia czasu wybitnej primabaleriny, która dziś ponownie z dobrym pomysłem buduje rangę San Francisco Ballet. Przed Watkinem niezwykle trudne zadanie i wyzwanie sprostania tradycji, a także odnalezienia się we współczesnym brytyjskim rynku baletowym. Nie jest to takie proste, gdyż należy mieć niebagatelny pomysł, który oryginalnością przebije ofertę innych zespołów. Dziś to równoważenie klasyki i zachowawczej współczesności. Obserwuję ów zespół od lat i niestety, porównując stan dzisiejszy z przeszłością, można odczuć niedosyt, a na pewno wykonawczy kryzys, a przecież mówimy o jednej z najlepszych formacji na świecie.

Ostatnie spotkanie z English National Ballet miało miejsce w Manchesterze. Mieście, które absolutnie nie przyciąga swoją architekturą, ani klimatem. Zatem, od czasu do czasu, mieszkańcom jak i turystom przychodzi rozkoszować się sztuką w miejscowym Palace Theatre. Klasyczne miejsce prezentacji dramatu, musicalu, tańca. Można powiedzieć dom kultury na wysokim poziomie. I o nim warto powiedzieć dwa słowa. Odwiedzający przybytki kultury w Wielkiej Brytanii może przeżyć szok kulturowy, bowiem już na wstępie zauważy brak szatni. Standardem jest siadanie w okryciach wierzchnich, albo lokowanie ich na swoich kolanach. Następnie każdy widz na widowni rozkoszuje się napojami zakupionymi w teatralnym bufecie, ale czymś czego jeszcze nie widziałem był popcorn – czyli kinowa wersja w przestrzeni widowiskowej. Wiadomym jest, że w przerwie Brytyjczycy rozkoszują się lodami, to norma i standard. Jednak tym co zadziwia to istna degrengolada i pobojowisko na widowni po zakończonym przedstawieniu. Wszystko wala się po podłodze, kubki, opakowania, resztki jedzenia i rozlane napoje – śmietnik. Jednak w Manchesterze miało miejsce coś jeszcze, czego nigdy wcześniej nie widziałem i nie słyszałem. Podczas uwertury i przerywników muzycznych przed poszczególnymi częściami baletu nie milkły rozmowy. Gwar był tak przerażający, że nie można było usłyszeć ani jednego dźwięku muzyki. A orkiestra wytrwale grała, niczym zespół na tonącym Titanicu. Nie wiem co musieli myśleć artyści. Ale to obrazek przygnębiający, że sztuka staje się popkulturowym zdarzeniem, gdzie nie zwraca się uwagi na piękno muzyki, a występ traktowany jest jak dodatek do konsumpcji i spędzenia towarzyskiego czasu. Trochę to smutna konstatacja, gdyż każda sztuka wymaga skupienia, zadumy i refleksji. Muzyka to integralna część baletu, a tu została potraktowana jak czas dla nieskrępowanych pogwarek.

Na scenie miejscowego teatru English National Ballet zaprezentował klasyka nad klasykami, chyba najtrudniejszy do wykonania balet do muzyki Piotra Czajkowskiego – Śpiącą królewnę. Kompania w repertuarze posiada zachwycającą, kipiącą stroną wizualną, wersję jednego z najważniejszych powojennych brytyjskich choreografów Kennetha MacMillana opracowaną na podstawie Mariusa Petipy. Pierwsze wykonanie tejże realizacji miało miejsce w roku 1987 przez nowojorski American Ballet Theatre. I można powiedzieć, że to jedna z najważniejszych prac świata zachodniego, która swoją lekkością, a przy tym techniczną trudnością może konkurować z dawnymi, radzieckimi produkcjami. W mojej pamięci pozostanie na zawsze premiera w Teatrze Wielkim w Warszawie, którą przygotował nie tak dawno zmarły świetny choreograf rosyjski Jurij Grigorowicz. Może to dziś niemodne, aby mówić o twórcach z tegoż kraju, ale jego przedstawienia miały niebagatelny urok, styl i wielką, klasyczną klasę. Co ciekawe warszawska inscenizacja współgrała ze świetnym opracowaniem plastycznym przygotowanym przez Ezio Frigerio i Francę Squarciapino. I analogicznie owa precyzja scenograficznego sznytu bije z realizacji English National Ballet. Przygotowane dekoracje przez Petera Farmera, a przede wszystkim kostiumy Nicholasa Georgiadisa to mistrzostwo klasy dawnych, barokowych czasów. Widz nie ma żadnych złudzeń, że trafił w świat wytwornych salonów pisanych tradycją Luwru lub Wersalu, gdzie bije przepych, piękno i szacunek dla tradycji. I taka też jest realizacja MacMillana, który oddaje hołd klasycznej formie, nie eksperymentuje, ale tworzy logiczny baletowy wywód wierny treści wywiedzionej z bajki Charlesa Perraulta.

Opowieść osnuta jest od dnia chrztu księżniczki Aurory, gdy nie zaproszono złej wróżki Carabosse, której wtargnięcie przerywa uroczystość oraz rodzi przekleństwo zemsty – zranieniem ostrym narzędziem i fatum śmierci. Szczęśliwie odczarowane przez dobrą Wróżkę Bzu, która wieszczy proroctwo stuletniego snu, zwieńczonego przebudzeniem przez pięknego księcia Desire. Owa przepowiednia się ziści w szesnastych urodzinach Aurory, gdy otrzymuje ona od staruszki wrzeciono, którym przekuwa palec i usypia wraz z całym dworem. Następnie pojawia się wybawiciel, który zostaje mężem wybranki serca, a całość wieńczy wspaniałe wesele, z licznymi popisami postaci z bajek. Balet, typowy dla dawnej rosyjskiej szkoły tańca, naszpikowany jest wieloma scenami zespołowymi, ale głównie należy do popisów solistów, którzy mogą zaprezentować swój wykonawczy kunszt i techniczne możliwości. I owym założeniom wierny jest choreograf, ale niestety co oczywiście też było wpisane w epokę, nie rezygnuje z licznych scen pantomimicznych, które dziś nudzą i zawstydzają, a także nie stanowią ciekawego elementu widowiska. Jestem orędownikiem zastąpienia ich interesującym układem, gdyż trwające w nieskończoność scenki sytuacyjne nie napawają radością, wręcz przeciwnie zniesmaczają.

Wspomniana strona plastyczna to ciekawy i dobry przewodnik po dawnym świecie francuskiej monarchii. Wykwintność i dostojeństwo współgra z powolną, salonową kreską tańca. Jest ona zjawiskowa i pełna gracji w wykonaniach grupowych. W tym balecie jest to niezwykle ważne, aby precyzja nie zmieniła się w pospolitość. Należy zwrócić uwagę na kilka kostiumowych zabiegów, które mają niebagatelne znaczenie. Carabosse wygląda jak królowa Elżbieta I, tym samym pochodzi ze świata zewnętrznego, obcego względem francuskiej tradycji. Również pomiędzy zaśnięciem dworu, a przybyciem księcia mija sto lat. Postać Desire podczas polowania wywiedziona jest niczym z romantycznego poematu. Zauważyć to można w bardziej oszczędnym stroju, a także rozegranie scen w pustce lasu, samotności jakże charakterystycznym krajobrazie czasów George’a Bayrona, Johanna Wolfganga von Goethe czy Adama Mickiewicza. Te sekwencje z osamotnionym bohaterem poszukującym miłości, a może zapomnienia przy wtórze pojawiającej się Wróżki Bzu mają w sobie posmak niesamowitości, ale i oczekiwania na to co nieosiągalne, a jednak spełnione – wielkie uczucie do drugiej osoby. W owej produkcji przenika się dawna rodzajowość z niesamowitością. Wszystko wpisane w określoną konwencję i styl, nie silące się na sztuczne uwspółcześnienie. Zgrzytem może być brak jednej sceny, choć jej opis znajduje się w programie. To epizod, gdy Król odkrywa wśród służących ostre narzędzie i każe ich ukarać, a dobro Królowej łagodzi złość męża. Niewyjaśnionym pozostaje owe ominięcie. Faktem jest, że również w części drugiej, już w trakcie zaślubin Aurory i Desire nagle opuszczono kurtynę, również z niewyjaśnionych okoliczności i przerwano spektakl na dziesięć minut. To istny czas teatralnych czarów, które niestety wpłynęły na odbiór widowiska.

Taneczna klasyczna forma w pełni odpowiada możliwościom artystycznym zespołu baletowego. Choreografia niesłychanie trudna, posiada w sobie czar danego czasu. Tworzone figury przez grupy tancerzy zachwycają i urzekają. Niezwykle dobrze zaprezentowała się w tytułowej partii Sangeiu Lee, już dojrzała koreańska balerina, ale niesamowicie sprawna technicznie zachwyciła swoimi możliwościami w wariacji i pas de deux. Nie inaczej jest z Księciem Desire w wykonaniu Garetha Haw, który zachwyca w scenach samotności i duecie z księżniczką. Niezwykle nastrojowo oboje wyglądali w fantazji młodzieńca jeszcze przed przebudzeniem. Ich wspólne wykonanie miało nie tylko urok baletowej formy, ale również świetnego rozumienia się jako tancerzy. Nie dziwi owe współgranie, gdyż co prawda oboje znajdują się w zespole English National Ballet od roku 2023, ale wcześniej pracowali przez kilka dobrych lat w drezdeńskiej Semperoper, co dało się wyczuć oglądając ich wspólne wykonanie. Świetnie zaprezentowali się również w swoich tańcach bajkowych: Biała Kotka (Ashley Coupal) i Kot w Butach (Rhys Antoni Yoemans) oraz Księżniczka Florina (Haruhi Otani) i Błękitny Ptak (Rentaro Nakaaki). Dopełnieniem jest dobry, zgrany zespół, choć można powiedzieć, że można lepiej, ciekawiej, wyraziściej.

Podziwiam orkiestrę English National Ballet Philharmonic pod kierunkiem Kingsley’a Lina, która mimo zagłuszania, w przerwach między częściami baletu, przez rozgadanych widzów nie dała się wytrącić z bardzo dobrego towarzyszenia baletowej opowieści. Dźwięki płynęły niezwykle dobrze, urzekająco, a tam gdzie trzeba złowieszczo i demonicznie. Jak to w muzyce Piotra Czajkowskiego ma miejsce. Zatem czy był to sukces klasycznej formy?

Nie do końca można się z tym zgodzić. Bowiem tak jak już zauważyłem Aaron S. Watkin przywołuje dawne, świetne prace, które oczywiście warto zobaczyć, gdyż należą do kanonu światowej sztuki tańca. Jednak brakuje w repertuarze prac nowych, zaskakujących odczytań klasyki poprzez odmienną stylistykę i kreskę współczesnych choreografów. Dyrektor artystyczny nie prowadzi dialogu z przeszłością, w minimalnym stopniu kreuje innowacyjność, a jedynie skupia się na odtwarzaniu znanych przebojów. Dla rozwoju potrzeba świeżego oddechu, tchnienia, iskry twórczego eksperymentu. English National Ballet tkwi w jakimś dziwnym marazmie zapatrzenia w przeszłość, choć wygląda ona niezwykle okazale. Ale niebezpieczeństwem jest zmienienie się w muzeum, a po tym brytyjskim miejscu oczekuje się żywego widowiska, a nie archeologicznego znaleziska.

Śpiąca królewna, Piotr Czajkowski, choreografia: Kenneth MacMillan, dyrygent: Kingsley Lin, English National Ballet, pokazy w Manchesterze, listopad 2025

                                                                                                        [Benjamin Paschalski]