Physical Address

304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

MUZYKA CZY TANIEC? – „SYMFONIA TAŃCA” POLSKI BALET NARODOWY/ TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Tak często jak odwiedzam sale koncertowe filharmonii zastanawiam się co dla mnie jest ważniejsze – samo zagłębienie się w utwór i jego interpretację, a może performatywna strona wykonania, gdzie dyrygent jest głównym artystą, a instrumentaliści tworzą dla niego doskonały zespół towarzyszący? Nie będę ukrywał, że uwielbiam patrzeć na ruchy kapelmistrzów, ich tajemne gesty, specyficzną formę komunikacji z orkiestrą. Ma to swój niebagatelny urok. Moim obecnym idolem stał się nowy szef warszawskich filharmoników Krzysztof Urbański, który perfekcyjnie oddaje całym sobą emocje prowadzonego utworu stając się integralnym elementem prezentacji. Nie jest obok muzyki – on sam jest muzyką, a jego pozy zbliżają go do tanecznych figur z najlepszego baletu. Nawet myślałem, że można byłoby zrobić takowy film jak wykonywanie muzyki staje się taneczną formą, która przybiera kształty scenicznego wykonania. Tak jak można adoptować dla świata muzyki balet to oczywiście kompozycje nie dedykowane bezpośrednio dla sztuki tańca coraz częściej goszczą w repertuarach zespołów baletowych. Ów kalejdoskop różnorodności jest niesamowity, ale istnieją choreografowie, którzy wyspecjalizowali się w swojej karierze właśnie wykorzystania wielkiej symfoniki dla budowania własnych opowieści sztuką bez słów.

Do owej grupy należy bez wątpienia Uwe Scholz – niemiecki tancerz i choreograf, który zmarł dwadzieścia jeden lat temu w wieku zaledwie czterdziestu pięciu lat. Od 1991 roku, aż do śmierci, stał na czele Leipziger Ballet, który dzięki niemu został wiodącym zespołem Europy. Wśród jego licznych autorskich układów znalazły się między innymi prace do utworów: Symfonii fantastycznej Hectora Berlioza, Symfonii klasycznej Sergieja Prokofiewa, 8 Symfonii Antona Brucknera czy koncertów fortepianowych Wolfganga Amadeusza Mozarta i Sergieja Rachmaninowa. Jednak niedoścignionym mistrzem wykorzystania orkiestrowych utworów, nie dedykowanych bezpośrednio dla baletowych prezentacji, stał się George Balanchine. Spoglądając na repertuar bieżącego sezonu New York City Ballet, miejsca zbudowanego przez świetnego choreografa, można wymienić jego prace: Concerto Barocco Jana Sebastiana Bacha, Squere Dance Antonio Vivaldiego i Arcangelo Corelliego, Tschaikovsky Suite No. 3 Piotra Czajkowskiego, Ballade Gabriela Faure i może nieoczywiste w tym zestawieniu Western Symphony do tradycyjnych amerykańskich melodii oraz zjawiskowe Symphony in C Georges’a Bizeta. To niebagatelny zestaw, zaledwie drobny wycinek z blisko pięciuset prac przygotowanych przez amerykańskiego mistrza.

Owe połączenie wielkiej muzyki koncertowej i artyzmu tańca wymusza aby owe elementy współgrały ze sobą, a wykonanie zarówno orkiestry jak i zespołu baletowego było na jak najwyższym poziomie. Trudna to sztuka połączenia precyzji i najwyższej jakości. Pytaniem, które sobie zadaję, podczas tego typu prezentacji, jest czy winno bić się brawo w przerwach utworu muzycznego? W klasycznych przedstawieniach baletowych nie ma z tym problemu. Zostały bowiem tak skonstruowane, aby w pauzach docenić oklaskami kunszt wykonawców, ale dylemat wiąże się podczas powiązania symfoniki i tańca. Podczas wykonań w filharmonii panuje w pauzach cisza przetykana licznym chrząkaniem i kaszlem publiczności nazwana po ostatnim konkursie chopinowskim „grypą warszawską”. Ale jak zachować się podczas prezentacji baletowej? Zagadka ciekawa, ale nie do rozwiązania na dziś.

Nie jest zaskoczeniem, ale niebagatelnym wyzwaniem dla wykonawców, że właśnie praca Balanchine’a znalazła się w wieczorze zatytułowanym Symfonia tańca – pierwszej premierze bieżącego sezonu Polskiego Baletu Narodowego. Poprzednie dwanaście miesięcy było dla warszawskiej formacji niezwykle owocne, a poprzeczka oczekiwań artystycznych doznań została ustawiona niezwykle wysoko. Dwa narracyjne balety: Peer Gynt Edwarda Cluga oraz Prometeusz Krzysztofa Pastora ukazały wielki kunszt stołecznej formacji, jego niekwestionowaną pozycję lidera naszej krajowej ligi baletowej, a także umiejscowiły wysoko w hierarchii europejskiego tanecznego współzawodnictwa. Tym bardziej moje oczekiwania związane z nowym projektem artystycznym były wysokie, gdyż w jednym wieczorze spotkanie trzech prac wybitnych choreografów jest wyzwaniem i nie lada sztuką podołanie odmiennym stylistykom i formom wykonania.

Konstrukcja wieczoru baletowego jest tak przeprowadzona jak klasyczny układ symfonii: szybko-wolno-szybko. Pierwszy fragment to powrót do prezentowanego już dwa lata temu na warszawskiej scenie układu Toer van Schayka do genialnej muzyki, pełnej przebojowej frazy, której fragmenty weszły już do naszego codziennego życia: reklam i fragmentów filmowych. Mowa o Siódmej Symfonii Ludwiga van Beethovena. Pisałem już na jej temat w recenzji (https://kulturalnycham.com.pl/aktualne/na-trzy-czwarte-beethoven-i-szkola-holenderska-polski-balet-narodowy-teatr-wielki-opera-narodowa-w-warszawie/) pełnej zachwytów i komplementów jako perły w ówczesnym wieczorze holenderskim. Jednak czas robi swoje i obecne wykonanie nie rzuca na kolana, gdyż pełne jest nierówności i mankamentów w wykonaniu. Można zauważyć zbyt mało precyzji i dokładności. Układ to wielki hołd dla tańca, jego niepowtarzalności i zjawiskowości, a w zespole jakby brakowało ducha zaangażowania. Van Schayk skonstruował swój balet na zasadzie kontrastu: emocjonalnej ekspresji i subtelnego wyciszenia. Mamy grupowe układy i kameralne sekwencje pełne ciepła i nostalgii. To jednocześnie abstrakcyjna forma dla zespołu, radość z samego tańca, a także próba opowiedzenia emocjonalnej historii relacji dwojga osób. I właśnie w owym fragmencie zabrakło ducha miłości, swoistego erotycznego napięcia wirującego nad wykonawcami, którzy wiedzeni niczym strzałą Amora, oddają się niemożliwemu uczuciu. To co dwa lata temu stawało się niezwykle wartościowym elementem, to w premierze listopadowej wyparowało, zaistniało jedynie jako sentymentalny przerywnik, pusta sekwencja – prawie wymuszona pauza. Jednak pozostaje niepohamowana eksplozja ruchu, sprawne wykonanie, gdzie prym wiedzie Kristof Szabo i Yana Stanhei. Nieco odstawał od zespołu nowy nabytek w grupie pierwszych solistów, pochodzący z Kazachstanu Bogdan Verbovoy, a może to tylko wykonawcza trema, bowiem w ostatniej części przedstawienia artysta prezentował się znakomicie. Owa czysta radość tańca została zakłócona niezgraniem. Owa niezbędna zespołowość prześwitywała jedynie jak przez gęstą mgłę. To olbrzymie zaskoczenie, gdyż właśnie cała choreografia jest skonstruowana dla siły grupy, potęgi zespołowości, a tu wyraźnie jej zabrakło.

Powrót do Warszawy Edwarda Cluga łączył się z wielkimi oczekiwaniami jego polskich orędowników i fanów. Ten niekwestionowany lider światowej sceny choreografii, niezmiennie pozostający szefem zespołu w Mariborze, zaprezentował na stołecznej scenie pracę, która liczy już trzynaście lat, a święci nieustannie triumfy na wielu scenach. SSSS… do pięciu nokturnów Fryderyka Chopina to swoista poezja ruchu. Miałem okazję oglądać wcześniej dwa wykonania w Seulu oraz Lublanie i za każdym razem mam wrażenie jakbym oglądał nową, oryginalną pracę. Owszem łączy się to z odmiennym doborem wykonawców, ale również z możliwością wieloznacznej i różnorodnej interpretacji dzieła. W Warszawie premiera miała miejsce bezpośrednio po zakończeniu konkursu chopinowskiego, co stało się impulsem, specyficzną sugestią do odbioru wykonania. Za fortepianem mistrzowsko wygrywał frazy kompozytora Marek Bracha i tym samym tworzył nastrój romantycznego czasu. Wybór konkretnych dzieł muzycznych ma swoje niebagatelne znaczenie dla wymowy dzieła. Nokturn – powiązany z nocą, nastrojowego klimatu, pejzażu, przemyśleń i fantazji – ukierunkowuje odbiorcę. Ciemna aura sceny dodatkowo buduje klimat niedookreślonego spotkania. Szóstka tancerzy jest obecna i znika jak zjawy leśnej tajemnicy. W owym świecie rozpoczyna się taniec pełen różnorodności, podziałów i kontrastów. Choreograf wykorzystuje technikę neoklasyczną, ale stara się ją przełamać, zburzyć. Symbolicznym jest rozwiązanie pointy przez solistkę, w ostatnim fragmencie, które w moim odczuciu symbolizuje rozstanie z pewnym stylem, nastrojem, klimatem. Chyba najpełniej za myślą Cluga podążał Kristof Szabo wyłamujący się konwenansowi ruchu na rzecz współczesnej ekspresji. Na przeciwległym biegunie znajduje się Chinara Alizade będąca uosobieniem baleriny, której najtrudniejsze zadania nie są obce. Dwójka wspomnianych artystów oddaje tańcem najmocniej ów świat zadumania i własnej refleksyjności, oczekiwania wejścia na estradę i wykonania najpiękniejszego utworu. Pozostali soliści są jakby obok. Tańczą bardziej Chopina, a nie Cluga. Oddają się muzyce, tego co może nauczono na lekcji polskiego, kulturoznawstwa, ale jakby nie umieli przełamać własnych utrwalonych wyobrażeń o polskim kompozytorze. To tak jak jest z Mickiewiczem, gdy wszyscy kiwają głowami, że „wielkim poetą był” i ze swoistą nabożnością oddają cześć jego twórczości, nie umiejąc poddać krytyce niezrozumienia fraz płynących z treści. Mimo owych mankamentów to subtelna refleksja, również pochwała tańca i oryginalny język wypowiedzi.

Wieczór pełen emocji tanecznych i muzycznych mogła zakończyć jedynie uczta eksplozji ruchu. I tak też się stało. Niezwykle żywiołowa, choć rzadko wykonywana Symphony in C Georges’a Bizeta to idealny, wręcz dedykowany dla tańca utwór. Dla scen światowych odkrył go blisko siedemdziesiąt lat temu, wraz z premierą w Operze Paryskiej, George Balanchine. To ponownie uczta tańca. Scena jest pusta, nie ma żadnej scenografii, jedynie niebieski horyzont, a tancerze zostali ubrani są w klasyczne, baletowe stroje. Choreograf podąża za muzyką i jej potęgą, emocjami, siłą oddając scenę artystycznej prezentacji. To co jest w niej najważniejsze to potęga i tempo, bowiem w wielu fragmentach szybkość jest wręcz zawrotna, a układ Balanchine’a wymaga niezwykłej wytrzymałości i zespołowości. Cztery fragmenty symfonii zbudowane są kontrastowo. Początkowe i dwie ostatnie są niezwykle ekspresyjne, natomiast druga sentymentalna. Świetnie pomyślane i skomponowane, dzięki choreograficznemu mistrzostwu na pierwszy plan wysuwają i eksponują kunszt tańca, gdzie prym wiodą tancerki, które dla Balanchine’a niosły same sobą głębię oraz grację baletowej formy. Konstrukcja baletu zakłada, że w każdej części ukazuje się inna para głównych wykonawców na tle zespołu, który unifikuje się w swoistym podsumowaniu – ostatniej, finalnej, żywiołowej partii.

W Warszawie otwierający fragment okazał się najmniej widowiskowy, mało wyrazisty i zgrany, choć prym wiedli Mai Kageyama i Ryota Kitai. Najpiękniej zaprezentowali się Jaeeun Jung i Marco Esposito w wolnym, nostalgicznym drugim epizodzie. Równie wiele dobrego można powiedzieć o Yanie Shtanhei i Bogdanie Verbovoy oraz zamykających Aoi Choji i Kasprze Górczaku. W wykonaniu poszczególnych par można dostrzec wielki kunszt baletowej formy, piękno ruchu. Jednak dopełnieniem staje się zespół, przed którym ciąży niesłychanie trudne zadanie – podołania technicznym wyzwaniom oraz zjawiskowość wykonania tła budującego świat magii baletowego ruchu. Najważniejszym jest finał, gdy dwie grupy tworzą sekwencję odbić lustrzanych i tu należy mocno przyklasnąć, że efekt wizualny jest znakomity, a na scenie mamy blisko pięćdziesięciu tancerzy. Ale pozostają mankamenty, które ciężko pominąć. Są nimi lekkość i szybkość wykonania. One szwankują i doskwierają odbiorcy, gdyż brak tych dwóch elementów zaburza myśl Balanchine’a o pięknie i nieskazitelności baletowej sztuki.

Utwory muzyczne brzmiały niezwykle dobrze i to zarówno w wykonaniu orkiestry Teatru Wielkiego-Opery Narodowej pod kierunkiem Patricka Fournillier’a oraz pianisty Marka Brachy. To świetny przykład współpracy zespołów instytucji na rzecz jednego, wspólnego widowiska, których tematem stała się symfonia i taniec. Zatem to wieczór dla miłośników tańca i koneserów muzyki klasycznej. Idealny układ dla melomana.

Ostatnia premiera Polskiego Baletu Narodowego to spotkanie z trzema wybitnymi choreografami, którzy na stałe weszli do almanachów sztuki tańca. Owa podróż pisana muzycznymi kompozycjami pełna jest niespodzianek, ciekawego języka wypowiedzi bez słów i wysmakowanej baletowej uczty. Jednak dla pełnego szczęścia i rangi najlepszego zespołu w Polsce należy pracować nad wyrazem i ekspresją ruchu, aby widz nie tylko otrzymywał techniczną precyzję, ale także emocjonalny zachwyt oraz zrozumienie baletowego przekazu zapisanego nie tylko w krokach, ale i uczuciach artystów tańca.

Symfonia tańca, Ludwig van Beethoven, Fryderyk Chopin, Georges Bizet, choreografia: Toer van Schayk, Edward Clug, George Balanchine, dyrygent: Patrick Fournillier, premiera: listopad 2025

                                                                                                            [Benjamin Paschalski]