Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Physical Address
304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124
Benjamin Paschalski w Tańcu
Benjamin Paschalski w Tańcu

W świecie sztuki najdziwniejsze są niespełnione oczekiwania. Wydarzenia, którym towarzyszy szum medialny, atmosfera wielkiego wydarzenia, oczekiwania spektakularnego sukcesu, a na końcu okazuje się, że to wielkie nic. Chyba w ostatnim czasie, w sferze pomiędzy tańcem, a sztukami performatywnymi, takowym zjawiskiem była całkowicie chybiona, przygotowana wielkim nakładem środków prezentacja A Body for Harnasie w 2024 roku. Instalacja multimedialna wielkiego choreografa Wayne’a McGregora oraz artysty wizualnego Bena Cullena Williamsa do muzyki Karola Szymanowskiego przedstawiona w Katowicach i Londynie tak mocno rozczarowywała, że praktycznie niewielu pokusiło się o napisanie kilku słów na temat owego zdarzenia. Wionęło z niego pustką i to intelektualną jak i artystyczną bowiem rzeźba, główny punkt widowiska, okazała się zwykłym podnośnikiem, a choreograficzne, nagrane fragmenty, zawstydzały trywialnością. Przedsięwzięcie ratowała muzyka w wykonaniu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, Chóru Filharmonii i Opery Podlaskiej, tenora Andrzeja Lamperta pod kierunkiem Edwarda Gardnera. Ale dla wysłuchania dzieła genialnego polskiego kompozytora nie trzeba było tak wielkich nakładów, z których powstał mizerny i już zapewne zapomniany efekt.
Po owych doświadczeniach, z podobnymi obawami podchodzę do kolejnych zdarzeń, które mają być wielkim, wiekopomnym dziełem zazwyczaj zrealizowanym z okazji obchodów wielkiego artysty czy też jubileuszu miasta. W tym roku Austria świętuje dwóchsetlecie urodzin mistrza walca: Johanna Straussa syna. Koncerty, projekt nowej muzealnej stałej ekspozycji, reklamowanej jako uczczenie pierwszej gwiazdy pop w historii świata, a także wydarzenie ze sfery tańca, to niektóre zdarzenia będące częścią rocznicowych obchodów. To się nazywa rozmach godny pozazdroszczenia i może swoistej lekcji. Bowiem nie ma podejścia ze szczególną nabożnością, a raczej to reklamowy środek do zintensyfikowania zainteresowania, poprzez ofertę kulturalną, krajem nad Dunajem.
Okolicznościowy projekt, w dziedzinie tańca, został przygotowany przez belgijskiego choreografa Sidi Larbi Cherkaoui. Artysta o wielkiej renomie, bodajże raz goszczący w Polsce w roku 2013 w ramach Łódzkich Spotkań Baletowych, ze spektaklem dedykowanym tangu, od 2022 roku prowadzi, z wielkimi sukcesami, zespół baletowy Grand Theatre w szwajcarskiej Genewie. To co go wyróżnia to nieustanna ewolucja, zmiana i poszukiwanie, odkrywanie tajemnic ruchu w innych kulturach. Także swoisty taneczny dialog z ową odmiennością. Może owe inspiracje są naturalnym następstwem korzeni marokańskich i w krwioobiegu pulsującej różnorodności, która popycha do poznania odmiennego, a nie zamykania się w jednolitym kręgu tożsamości. Faktem jest, że jego język taneczny, w ponad dwudziestoletniej karierze choreografa, bardzo się zmienił. Od swoistej radości, wybuchowości, nieoczywistości stał się subtelny, delikatny, nawet można powiedzieć konserwatywny i zachowawczy.
Jego ostatnie prace to inspiracje zaczerpnięte z tradycji japońskiej. Posiadają one swoisty rytm, czerpią z muzyki i teatralnych źródeł no i kabuki. Owym przykładem może być Ukiyo-e z roku 2022 prezentowane w tym roku w Lublanie. Jednak okazała się owa prezentacja chybioną próbą odwołania do japońskiego stylu malarstwa i drzeworytu z epoki Edo (XVIII i XIX wieku), ale nie widać tegoż w warstwie wizualnej przedstawienia. Drugim znaczeniem miała być przejściowa faza życia – smutku i utrapienia. I owszem stała się dla widza, który poczynał drzemkę do usypiającej muzyki Szymona Brzózki oraz ilustracyjnych dźwięków wykonywanych na żywo. Dodatkowo strona dekoracyjna skonstruowana przez świetnego artystę Aleksandra Dodge stała się raczej krępującą przeszkodą dla wykonawców, niż wzbogacającym elementem widowiska. To co miało być olśniewającym czasem przejścia życia stało się minutami nudy i bełkotu. Po tym zdarzeniu zacząłem ostrożnie podchodzić do twórczości Cherkaoui. Analizując jego tropy to pewne pogubienie, poszukiwanie oryginalności i jednak brak umiejętności komunikacji z publicznością, która oczekuje zupełnie odmiennego produktu: żywego, atrakcyjnego, olśniewającego. Otrzymuje niestety usypiającą marę z japońską nutą.
Dlatego powierzenie temu artyście jubileuszowej pracy dla Wiednia wydało się dla mnie delikatnie mówiąc polemiczne. Jednak zawsze należy wierzyć, że może nadejdzie przełom i spektakularny sukces. Zatem oznajmiam, że wielkiego odkrycia nie było, a jedynie pewne naciągane, złowieszcze interpretacje i zapatrzenie w innego choreografa, który dawno otworzył drzwi, które dziś Belg próbuje wyważyć.
Różnica do prezentacji w stolicy Austrii, z tym co można było zobaczyć w Genewie, polega na włączeniu w Szwajcarii do okazjonalnej pracy, realizacji Bolero Maurice Ravela z roku 2023 przygotowanej przez Cherkaoui z Damienem Jaletem, którzy do stworzenia strony plastycznej zaprosili wielką artystkę wizualną Marinę Abramovic. W trójkę opracowali koncepcję, która zachwyca i zniewala pomysłem swoistego tańca śmierci. Niezwykle cenię owe współdziałania z pogranicza sztuk, gdyż mogą dawać one świetne efekty dla oka. Sztuka tańca jest jakby wpisana w świat wizualności i razem tworzą niesłychane zjawiska performatywne. Dekorum i ożywiający ruch – to niesamowite połączenie. Pamiętam świetną pracę Lucindy Childs i Roberta Wilsona Relative Calm – olśniewające skromnością środków, ale jednocześnie odurzające klimatem powtarzalnego ruchu, który wprowadzał w niesamowite uniesienie artystyczne i oczarowanie sztuką. Podobne wrażenie osiągają Cherkaoui, Jalet i Abramovic. Szesnastominutowy utwór Ravela to chyba najczęściej, po Święcie wiosny Igora Strawińskiego, oryginalnie realizowana choreograficznie kompozycja muzyczna, którą można spotkać na scenach świata. Wspomniana trójka tworzy własny, autonomiczny świat pełen pomysłowości i twórczej inwencji. To niczym noc Walpurgii, taniec zatracenia, wir śmierci, rozstania, odejścia. Wejście dwunastu tancerzy w czarnych płaszczach, które następnie zdejmują i odsłaniają trupie, szkieletowe, białe kostiumy, jasno unaocznia czas i moment umierania, swoistego przejścia. Całość podporządkowana jest stornie wizualnej, którą stanowi olbrzymie, zawieszone nad sceną pod skosem lustro, w którym odbijają się ruchy wykonawców. To niczym dwa światy: jeszcze „ten”, a już „tamten”. Dodatkowo rzucana kołowa projekcja dodaje klimat nieustannego ruchu, który pobudza tancerzy w wirowe obroty niczym seanse derwiszy trwające do zatracenia i ekstazy. To symbioza obrazu oraz tańca tworząca jeden świat – obraz zdarzenia artystycznego. Bolero niesłychanie mocno wciąga, staje się ekstazą dla publiczności, która poprzez użycie dodatkowych środków: choćby dymu, natężeniem światła, oddaje się owej trupiej kompozycji zniewolenia i finału egzystencji. To świetnie pomyślana praca, sumienna, precyzyjna i zniewalająca.
Jednak podróż do Genewy to przede wszystkim cel zobaczenia najnowszego dzieła, przygotowanego na jubileusz Straussowski przez Sidi Larbi Cherkaoui. Ku zaskoczeniu Bal imperial znów nawiązuje do tradycji japońskiej. Tylko, że choreograf wykorzystuje motywy, które znane są już z innej pracy Maurice Bejarta. W M. dokładnie identycznie jak obecnie w Genewie, francuski artysta zestawiał świat kultury kraju kwitnącej wiśni z europejską sztuką i jej osiągnięciami. Sekwencje rozgrywają się u schyłku XIX wieku, a muzyka przypomina dźwięku walców i polek. Nie mam pewności czy to świadome zapożyczenie, ale dołączając do tego Bolero z pierwszej części, wychodzi trochę wieczór hołdu dla Bejarta. Inspiracje są polemiczne, ale coraz częściej występują i mają miejsce.
Analogicznie jak w utworze Ravela, choreograf mocno stawia na stronę plastyczną tym razem współpracując z Tim Yip, pochodzącym z Hong-Kongu artystą filmowym i wizualnym znanym z filmów sztuki walki. Owe współdziałanie jest zauważalne w różnorodnych kostiumach oraz bajkowym stole, który zalany potrawami ugina się pod ich ciężarem, co sugeruje jednoznacznie ciągłą konsumpcję Europy. Choreograf zestawia dwa światy: Austrii, a nawet szerzej, naszego kontynentu, z Japonią. Kontekstem jest schyłek epoki monarchii, choć jeszcze niewyczuwalny upadek rodu Habsburgów, to jakby świat, który zatrzymał się w miejscu, rytmie walca, a inni wyprzedzali go o lata świetlne. Istotą jest militaryzm i rozwój technologiczny, który staje się kształtowaniem potęgi. Słowem kluczem do interpretacji układu jest „imperialny” i ukazanie dwóch odmiennych rzeczywistości, które używały owego przymiotnika: Austrii oraz japońskiej siły, izolacji i odmienności, odmiennej kultury, stylu, charakteru i egzystencji. Muzyka Straussa to świadek pewnych historii: mód, stołu, dyplomacji, wojny. Przemiany czasów, a ona trwała, grała, brzmiała, była. To również zestawienie państwa chylącego się ku upadkowi, a drugiego rosnącego w siłę i potęgę. Rozpatrując szerzej przesłanie Cherkaoui to spektakl o zaniku Europy, pewnego świata, gdzie walc był i towarzyszył epokom, a dziś może tylko pobrzmiewa na lekko oddychającym, zepchniętym na margines trupie. Głęboki pesymizm bije z owego przedstawienia, gdzie pretekstem jest radość muzycznej fety, a staje się ona marszem pogrzebowym naszego kontynentu w zestawieniu z innymi, którzy zbudowali własną siłę i wielkość. U nas ciągle nieustannie gra walc, polka, marsze, a przecież samą świadomością potęgi kulturowej nie zbuduje się współczesnego powodzenia na arenie międzynarodowej.
Na wielkie uznanie zasługuje cały zespół wykonawców. W tym spektaklu ponownie swoistego teatru śmierci, choć w kolorowych barwach, nie ma głównych ról. Choreograf stawia na zespół i wspólnotę. Kreska tańca jest ciekawa i oryginalna. Należy podkreślić dużą pracę rąk oraz zmienny, szybki ruch, współgrający z muzyką Straussa. Przerywnikiem są prezentowane na żywo japońskie tradycyjne rytmy ukazujące świat odmienności, inności i tajemniczości.
Niebagatelnym elementem całego wieczoru pozostaje muzyka. Orchestre de la Suisse Romande pod kierunkiem niemieckiego kapelmistrza Constantina Trinksa grała zjawiskowo. Bolero brzmiało niezwykle delikatnie, sumiennie i precyzyjnie. Natomiast utwory Wiedeńczyka, a kalejdoskop jest szeroki: od Marsza egipskiego, walca Nad pięknym, modrym Dunajem do polki Tik-Tak, to istna uczta dla uszu. Czułem się jak gość koncertu noworocznego w złotej sali Musikverein w Wiedniu, a to przecież Genewa.
Zatem jubileuszowe, baletowe spotkanie w dwóchsetlecie urodzin Johanna Straussa syna, mimo początkowych niepokojów i niepewności, dalekie jest od porażki, choć trudno je nazwać spektakularnym sukcesem. To widowisko zrealizowane z pomysłem i określoną tezą, która nas, Europejczyków może bolec i doskwierać. Jednak taki mamy świat i może czas obudzić się z rytmu walca na rzecz japońskiego gongu, który zagrzewa do walki, bo przecież konflikt jest już u naszych bram. Niepokój śmierci i upadku brzmi złowieszczo oraz niepokojąco. Aby nam, współczesnym, nie pozostał jedynie dźwięk muzyki wiedeńskiego mistrza, tak jak sznur Jaśkowi w Weselu Stanisława Wyspiańskiego.
Bolero, Maurice Ravel, choreografia: Damien Jalet, Sidi Larbi Cherkaoui, Bal imperial, Johann Strauss syn, choreografia: Sidi Larbi Cherkaoui, dyrygent: Constantin Trinks, balet Grand Theatre w Genewie, premiera: listopad 2025
[Benjamin Paschalski]