Physical Address

304 North Cardinal St.
Dorchester Center, MA 02124

KOBIETA PIRATA – „KORSARZ” BALET OPERY ŚLĄSKIEJ W BYTOMIU

Klasyka tańca posiada swój niepowtarzalny urok, który oczarowuje kolejne pokolenia odwiedzających sale teatralne na całym świecie. Jednak kluczowym jest aby były to wykonania na jak najwyższym poziomie, a zestaw wykonawców adekwatny do treści baletowej opowieści. Wielokrotnie już o tym pisałem, że może wyglądać komicznie przedstawienie Jeziora łabędziego, gdy zamiast całego stada ptaków w białych obrazach zobaczymy drobną grupę tancerek, które nieporadnie mogą markować niedobory liczbowe wykonawców. Podobnie z Dziadkiem do orzechów, gdy wieczór świąteczny odwiedza zaledwie kilku gości czyniąc z uroczystego nastroju małe party dla wtajemniczonych. Nie inaczej ze śnieżynkami, które w ograniczony sposób mogą imitować ostatnie bezśnieżne zimy w naszym kraju, co zakrawa o śmieszność. Podobnie z walcem kwiatów, podczas którego warto zobaczyć łany flory, a nie pojedyncze marne krzewy czekające samotnie na podlanie tanecznej posuchy. Ale co zrobić, gdy realizator nie posiada licznego zespołu wykonawców, a aspiracje dyrekcji teatru mierzą wysoko ku wystawianiu dzieł klasycznych? Można wówczas dokonać zabiegu, o który pokusił się świetny tancerz przez lata związany z Royal Ballet, a następnie zespołem w Bukareszcie i Polskim Baletem Narodowym, dziś opiekun pedagogiczny Polskiego Baletu Narodowego Junior, stawiający pierwsze choreograficzne kroki – Dawid Trzensimiech. Z zespołem baletowym Opery Śląskiej w Bytomiu przygotował własną wersję Korsarza, ale rezygnując z widowiskowości i wielkiej obsady na rzecz dramatu baletowego skupionego na głównym wątku miłosnej relacji pomiędzy Konradem, a jego wybranką serca Medorą. Kameralna wersja oddaje pole głównym wykonawcom odrzucając faktycznie wszystkie sceny grupowe, będące spektakularnym fragmentem powszechnie znanych wystawień. W pierwszych scenach ów zamysł zawstydza, gdyż odbiorca sobie myśli, że ma do czynienia z „bieda wykonaniem”, ale jeżeli przyjąć rzeczywistość śląskiej sceny oraz wyzwania, z którymi mierzył się inscenizator to należy przyjąć, że bytomska premiera jest swego rodzaju udanym eksperymentem klasyki bez fajerwerków, ale uczciwie przygotowanym eposem dwójki przeznaczonych sobie osób.

Historia Korsarza na światowych scenach jest długa i sięga roku paryskiej premiery z roku 1856 gdy wystawiono choreograficzną wersję Josepha Maziliera przygotowaną na podstawie libretta wspomnianego z Henri Vernoy de Saint-Georges wzorowanego na poemacie George Gordona Byrona. Najważniejszą pozostaje jednak wersja rosyjska przygotowana przez Mariusa Petipę z roku 1863. Wielkim atutem baletu jest jego strona muzyczna. Kompozycja Adolphe Charlesa Adama w pełni oddaje klimat orientu, dalekiej krainy, gdzie pobrzmiewa nuta zawadiackiej ekspresji i liryzmu miłosnego uniesienia. I właśnie czerpiąc z tychże tradycji Trzensimiech przygotował własną wizję baletowej opowieści. Dokonał skrótów w muzyce konstruując wersję dwuaktową pozostawiając kluczowe motywy dla rozwoju akcji. Jego narracja, która jest niezwykle klarowana, logiczna i spójna, jest wbrew powszechnej tradycji. Jak pisała Irena Turska na łamach Przewodnika baletowego: „Korsarz jest więc typowym przykładem baletu ze schyłkowego okresu romantyzmu, gdy zewnętrzna widowiskowość dominowała nad liryczną poetyką treści”. I gdy odwróci się owe zdanie oddając pierwszeństwo miłosnej historii i pomniejszając ekspozycję zespołowego ruchu można odnaleźć motto tanecznego eposu w Operze Śląskiej. Zawsze pozostaje pytanie czy lokalne zespoły winny mierzyć się z tytułami wymagającymi wielkiej obsady, scen złożonych z grup wykonawców, pełnych ferii eksplozji ruchu? Zespół z Bytomia liczy obecnie trzydzieści dwie osoby co można uznać za ograniczony skład względem oczekiwań klasyki. Zatem pozostaje wybór poszukiwania adekwatnego repertuaru, sięgającego bliżej współczesności, niż dzieł dawnych, albo znalezienie oryginalnego sposobu pokazywania tego co zapisane jest na kartach historii. Dlatego decyzje Trzensimiecha wydają się adekwatne wobec wspomnianych ograniczeń. Istnieje jeszcze jedna blokada dla pomysłowości realizacyjnych. Jest nią wielkość sceny. Jej mikre rozmiary powodują utrudnienia realizacyjne. Wprawne oko musi zbalansować niepożądaną pustkę z chaotycznym przesytem, który może przerodzić się w fatalną w skutkach wizualnych degrengoladę bezradnego tłumu.

Bytomski balet został zamknięty w dwóch zwięzłych częściach gdzie nadrzędnym celem opowieści jest skupienie się na losach miłosnego szczęścia dwójki bohaterów. Historia wiedzie nas od obrazu pirackiego okrętu, pod wodzą Konrada, snującego się po bezdrożach morskich poprzez grecką wyspę, z której zostaje uprowadzona Medora ze swoją przyjaciółką Gulnarą przez handlarza żywym towarem Lanquedema. Trafiają one na turecki targ, gdzie oczarowuje ona pirata, który poprzez brak środków nie jest w stanie wykupić dziewczyny. Trafia ona ostatecznie w ręce Paszy Seyda, choć Konrad z kompanami nie daje za wygraną i odbija wybrankę serca. Kolejny obraz to kryjówka korsarzy, budowanie relacji, miłosne uniesienie, zdrada przyjaciela Birbanto oraz ponowne uprowadzenie dziewczyny na dwór Paszy. Tu w swoim ogrodzie władca zasypia oddając się marzeniom kobiecego raju, aby ponownie zostać pozbawionym wybranki serca przez dzielnego Konrada. Ostatecznie młodzi odnajdują samotne, wspólne szczęście w pustelni wyrzekającego się piractwa bohatera. Poszczególne fragmenty są niezwykle szybkie, dobrze wewnętrznie połączone, choć czasem nadmierna pantomima, nieodłączny element romantycznego baletu, doskwiera i przeszkadza. Natomiast mankamentem są łączniki poszczególnych scen. Nieznośne opuszczanie kurtyny powoduje zerwanie ciągłości akcji. Ów banalny efekt należałoby zastąpić projekcją, albo nawet opisem, który wzbogaciłby stronę wizualną spektaklu. Dekoracje autorstwa Pawła Dobrzyckiego niezwykle okazale współgrają z akcją sceniczną. Symboliczne elementy i dyskretne slajdy oddają klimat poszczególnych miejsc akcji. Ciepły klimat greckiej wyspy, targ turecki z bogactwem towarów czy też wnętrze pałacu paszy mają urok dawnego czasu, są dobrym tłem jasno korespondującym ze zdarzeniami baletu. Współgrającym komponentem pozostają kostiumy autorstwa Emila Wysockiego. Ale dla widowiska baletowego najważniejszy jest taniec i z nim w realizacji bytomskiej jest niestety różnie.

Najwięcej zastrzeżeń wzbudza wykonanie partii Konrada przez Douglasa De Oliveira Ferreira. Jego ruchy są spowolnione, ograniczone, ospałe. Można odnieść wrażenie, że scena go krępuje, jakby nie umiał odnaleźć się w owej ograniczonej przestrzeni. Nie mam przekonania, że jest świadomy, że tańczy bohatera walczącego o wybrankę serca, nacechowanego romantycznym uniesieniem. Trochę wygląda jak łobuziak z sąsiedztwa, na którego patrzą przez okno rodzice, aby przypadkiem nie wykroczył dalej niż nakazuje konwenans społeczny. Brakuje w owym wykonaniu luzu, swobody, drapieżności. Artystycznego pazura zaangażowania i wykonania. Natomiast świetnie prezentują się dwie solistki obsadzone w partiach Medory i Gulnary. Pierwsza z nich Japonka Mitsuki Noda charakteryzuje się perfekcyjną techniką, a także emocjonalnym wyrazem rozdartej dziewczyny między uczuciem, a pisanym przeznaczeniem. Jej kunszt taneczny zachwyca i w pełni zasługuje ona na miano pierwszoplanowej gwiazdy wieczoru. Dotrzymuje jej kroku Michalina Drozdowska, choć w pierwszej wariacji miałem wrażenie jakby artystce doskwierał ból, który odrysowywał na twarzy grymas cierpienia i bliskiego płaczu. Wraz z trwaniem przedstawienia negatywne spostrzeżenia ustępują na rzecz udanej prezentacji baletowej. Należy jeszcze podkreślić dobre pas de deux głównych bohaterów, w którym artyści udanie prezentują się ukazując kunszt swojego warsztatu, ale niestety naznaczony wskazanymi wcześniej ograniczeniami tancerza. Na pochwałę zasługują sceny z udziałem Birbanta (Francesco Pio Tosto), który w duecie z Zulmeą (Maja Liszczyk) przewodzi szybkim sekwencjom grupowym. Co prawda to zaledwie szóstka wykonawców, ale widać w owych dwóch układach moc tanecznej werwy i ekspresji. I jeszcze drobna radość – sen Paszy, w którym ożywa ogród przepełniony tańcem czternastu artystek. Ta jedyna zespołowa scena całego spektaklu, bardzo dobrze przygotowana, poprawnie zatańczona jest świadectwem nienajgorszej kondycji formacji śląskiej. Wielka szkoda, że to tylko jeden taniec, gdyż właśnie klasyka oczekuje nie tylko solistycznego piękna, ale przede wszystkim grupowej jakości, która winna urzekać i obrazować światy zdarzeń, odmiennych krain i uroku różnorodności geograficznej podróży za miłością i szczęściem pirackiego serca. W owej eskapadzie towarzyszy miejscowa orkiestra pod kierunkiem Piotra Mazurka, która wykonywała partyturę z werwą przepasaną nostalgią i refleksją uczuć głównych bohaterów.

Doświadczenie w Bytomiu to zamierzony kameralny balet, z dobrze poprowadzoną dramaturgią, która jasno oddaje myśl choreografa baletu. Przyjmując owe założenia otrzymujemy poprawny produkt, w równie atrakcyjnym, adekwatnym solistycznym wykonaniu. Tęsknotą pozostają sceny grupowe, ale to już kwestia indywidualnej oceny, gdyż wielu wystarcza skupienie się na wątku miłosnej relacji. Produkcja Korsarza może nie współgra z tym co można zobaczyć na światowych, wielkich scenach, ale pozostanie indywidualną wypowiedzią Dawida Trzensimiecha, pomyślaną i skonstruowaną ze smakiem i jasnym przesłaniem poszukiwania oraz spełnienia miłości.

Korsarz, Adolphe Charles Adam, choreografia: Dawid Trzensimiech, kierownictwo muzyczne: Piotr Mazurek, balet Opery Śląskiej w Bytomiu, premiera: listopad 2025

                                                                                                                 [Benjamin Paschalski]